Gdyby ktoś w styczniu powiedział mi, że pójdę na maraton programowania (od teraz nazywamy go Hackathon), pewnie wydusiłabym z siebie niezręczny śmiech.

No i teraz byłoby mi trochę głupio.

Wzięłam udział w Hackathonie. Jako grafik, tekściarz i marketingowiec. Umiejąc tworzyć pikselowe rysunki. Poza tym miałam tylko swoją wyobraźnię i skille w pisaniu. Ach, a także porządny ekspres do kawy i puszkę red bulla. I jeszcze wszystkich wspierających ludzi, którzy zahaczali o nasz stolik.

Czy to będzie historia o tym, jak debiutantka wygrała Hackathon? Nie.

 

Dziś opowiem Ci, dlaczego warto czasem zrezygnować z wygodnego trwania w tym, co znamy. Dlaczego skok na głęboką wodę powoduje, że dzieją się niesamowite rzeczy.

 

Przygotowania do Hackathonu

Wyjaśnię Ci teraz na czym polega Hackathon. To konkurs, w którym dostajesz 24 godziny na stworzenie jakiegoś projektu IT. W naszym dwuosobowym zespole zdecydowaliśmy, że robimy grę. TOMB RAIDER.

A tak serio to nie. Zrobiliśmy grę o zbyt puszystym kocie.

W tygodniu przed Hackathonem spędzaliśmy niemal każdą wolną chwilę na szukanie inspiracji i planowanie zadań. Godzinami uczyliśmy się rzeczy, które mogłyby się nam przydać. W ten sposób kiedy zaczął się Hackathon, wiedzieliśmy co mamy robić. Nie marnowaliśmy czasu na rozległe planowanie, tylko działaliśmy.

 

Lekcja pierwsza: Zanim podejmiesz skok na głęboką wodę, najpierw poświęć dużo czasu na planowanie. Później unikniesz niepotrzebnej roboty.

 

Blokada twórcza

Zazwyczaj mam setki pomysłów na minutę. W pierwszych godzinach Hackathonu miałam zupełną pustkę w głowie. Mój partner odrzucał wszystkie projekty po kolei, a ja wcale mu się nie dziwiłam. Były okropne. Byłam tak sfrustrowana, że przyjęłam “najskuteczniejszą” strategię świata, czyli robienie samej sobie tyrad.

Nie wychodzi mi. Jestem do niczego. RUJNUJĘ  ten projekt. Zostało tylko 21 godzin, a ja jeszcze nie mam nic sensownego. Na pewno jest już na mnie wściekły. Bo ja jestem. Jak można po tak długim czasie mieć jedynie gówniane pomysły?

Na szczęście w mojej otchłani rozpaczy udało mi się chwycić jedynej racjonalnej myśli.

Spróbuj. A jeśli nie wyjdzie, spróbuj jeszcze raz. Z innej strony. Nie masz wyboru, czas leci, TRZEBA działać.

Tym sposobem, po kilkunastu godzinach, stworzyłam kota, którego wszyscy zaglądający do nas przechodnie wychwalali. Przestałam czekać na spłynięcie weny. Po prostu działałam tak długo, aż mnie zastała.

Później ogarnęłam idealnie pasujące logo. I najfajniejszą prezentację projektu, jaką kiedykolwiek stworzyłam.

 

Lekcja druga: W skokach na głęboką wodę tylko spokój i wytrwałość nas ocalą.

 

 

Ludzie

Lubili się pojawiać w momentach, kiedy myślałam, że moje grafiki nadają się tylko do skasowania, ale nie chciałam truć głowy partnerowi. Z żywym zaciekawieniem podchodzili i chwalili, dawali sugestie, co można poprawić i podbudowywali.

Inspirowali swoją wytrwałością, pomysłami i wiedzą. Gdyby nie potworne zmęczenie po 45 godzinach bez snu, na pewno chciałabym spędzić z nimi jeszcze więcej czasu.

W skrócie, na te 24 godziny w jednym pomieszczeniu zebrali się naprawdę wspaniali ludzie.

Chapeau bas (szapo ba) przed mentorami, innymi uczestnikami Hackathonu i organizatorami za stworzenie niesamowitej mikro-tymczasowej społeczności.

 

Lekcja trzecia: Wokół nas jest wielu ludzi gotowych nam pomóc, gdy nie czujemy się pewnie przy skoku.

 

5-te miejsce, a czujemy się jak pierwsze

Byliśmy przygotowani na zaprezentowanie projektu w finale. Kiedy przyszło do odczytania wyników w kategorii gier, siedzieliśmy jak na szpilkach. Dalej przechodziły tylko trzy zespoły. Juror przeczytał pierwszą nazwę zespołu. Potem drugą. I w końcu trzecią.

 

Żadna z nich nie była nasza.

 

Nie za bardzo pamiętam co było potem. Ocknęłam się kiedy wyszliśmy w końcu na zewnątrz. Mój partner powiedział, że jest z nas dumny. Ja też byłam.

Nie do końca wiedzieliśmy jak sobie poradzimy. Oboje weszliśmy na nie do końca znane nam tereny. Szlifowaliśmy nasze umiejętności do ostatnich chwil przed startem Hackathonu. Jeszcze więcej nauczyliśmy się w jego trakcie.

Wspaniałą właściwością Hackathonu jest to, że nie możesz sobie odłożyć zadania na później. Nie ma na to czasu. Jedynym wyjściem jest nieustanne działanie.

Próbujesz. Nie wychodzi. Szukasz innego wyjścia. Znowu nie wychodzi. Siedzisz w tym zaklętym kręgu z uporem maniaka dopóki nie znajdziesz rozwiązania, które pozwoli Ci ruszyć dalej. Czy to oznacza, że czas poszukiwań jest zmarnowany? Nie!

Wtedy najwięcej się uczysz!

Robisz bardzo nieprofesjonalne mini testy A/B. Próbujesz zmieniać po kolei różne czynniki, aby osiągnąć pożądany efekt. Zarówno te, które poszły niekorzystnie, jak i te pomyślne sumują się i tworzą wielką kulę śnieżną zwaną doświadczeniem.

Jadąc przy zachodzącym słońcu, byliśmy bogatsi w wiedzę, która jest dla nas cenniejsza niż wszystkie hackathonowe nagrody razem wzięte. Nie zepsuje się. Może tylko oddalić się w ciemniejsze zakamarki umysłu. Im częściej będziemy jej używać, tym częściej i szybciej będzie wypływać na wierzch podświadomości.

Nie wygraliśmy, ale mamy w sobie pasję i motywację do dalszego rozwoju naszego projektu.

Lekcja czwarta: Skoki na głęboką wodę, ze wszystkimi wzlotami i upadkami, przynoszą bezcenne doświadczenie.

 

Odwaga jak mięsień

Nie musisz urodzić się z odwagą do podejmowania wyzwań. To umiejętność – możesz się jej nauczyć. Jak?

 

Kiedy robisz rzeczy, które wymagają od Ciebie przełamania się, każdy kolejny skok na głęboką wodę staje się łatwiejszy. Możesz też wybierać coraz to głębsze wody. I szybciej zaczynasz w nich pływać jak certyfikowana foka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *