Wiekopomna chwila nastała! Zaczęłam nagrywać podcast!!! Przekonamy się co wyjdzie z rozszerzenia mojej działalności poza klawiaturę. 🙂

Cho na słuchanie!

Czasem budzę się nad ranem i myślę o swoim życiu. Zazwyczaj poddaję się dreszczykowi lekkiego stresu. Przypominam sobie masę rzeczy, których jeszcze nie załatwiłam, choć już dawno powinnam. Na szczęście ostatnio szczodrze obdarowałam samą siebie ciepłymi myślami. Mimo że do 31 grudnia jeszcze około miesiąca, zaczęłam myśleć nad rzeczami, które udało mi się zrealizować w tym roku. Trochę się tego nazbierało! 

  • stworzyłam pierwszą grę mobilną
  • nauczyłam się robić kolaże i całkiem nieźle mi to idzie
  • odpaliłam własną działalność gospodarczą
  • przemawiałam na mini konfie biznesowej (na open micu, czyli na takich wypowiedziach uczestników eventu po właściwej prelekcji, ale przemawiałam!)
  • od lipca regularnie tworzę instagrama z paskudnymi rysunkami zwierząt
  • ruszyłam ze sklepem z printami kolaży
  • zaprojektowałam okładkę płyty mojego prywatnego muzyka Valky’ego
  • miałam pierwszą wystawę moich prac na festwalu WhoMan w Krakowie.

… a rok się jeszcze nie skończył!

Dobra koniec już ody pochwalnej. Opowiadam o moich małych sukcesach, bo zauważyłam, że w tym całym szaleństwie jest metoda. Że powoli wypracowuję sobie metody skutecznego realizowana projektów

W 2019 roku zrobiłam więcej rzeczy, niż przez kilkanaście lat mojego życia razem wziętych. Dobra, może trochę przesadziłam. Ściśle mówiąc, dopięłam więcej rzeczy. Zaczynałam wiele mniejszych i większych życiowych projektów, ale większość z nich umarła brutalną śmiercią. Do części po prostu nie czułam mięty, a do reszty zabrało mi samozaparcia. Najtrudniejsze okazało się wytrwanie w moich pomysłach i ich regularna realizacja.

Długo myślałam co pozwoliło mi zmienić taki opłakany stan rzeczy i w końcu odkryłam. Wyróżniłam sobie trzy bulletpointy robienia nowych rzeczy i nieporzucania ich po kilku pierwszych podejściach. Podzielę się nimi z Wami.

Ostrzegam, są łatwe tylko z pozoru. Tak, wiem, niezbyt zachęcające. Metody, które działają, najczęściej wymagają wysiłku, a rezultatów można spodziewać się w dłuższej perspektywie. Zanim ciężko sobie westchniemy nad trudami ziemskiego życia, mam dobrą wiadomość. 

Poniższe kroki bywają trudne w realizacji, wymagają przełamania barier w głowie, ale z każdym kolejnym przejściem przez nie robi się nieco łatwiej. Strach trochę odpuszcza. Dyskomfort już nie gniecie tak mocno żołądka. A patrząc wstecz zauważyłam, ile udało zrobić. Każdy wysiłek jest tego warty. Zupełnie jak uśmiech bąbelka. 

Punkt pierwszy: akceptacja

Na dobry początek zanurzmy się w odmęty umysłu. 

Przy większych projektach czuję strach przed wkroczeniem na nieznane mi dotąd tereny i… szczerze się do tego przed sobą przyznaję. Nie uciekam. Nie wypieram rzeczywistości. Nie zgrywam twardziela. Za to z otwartymi ramionami przyjmuję wylęknioną siebie.

Wiem, że to moja naturalna reakcja. I nie jestem w niej sama, bo takie same emocje odczuwa mnóstwo ludzi. Najlepszą rzeczą, jaką mogę dla siebie zrobić, jest pogodzenie się z tym. Od kiedy znalazłam w sobie akceptację dla mojego strachu, łatwiej przychodzi mi radzenie sobie z ewentualnymi irracjonalnymi wątpliwościami i kłodami rzucanymi pod nogi przez los które po drodze do celu blokowały mnie w działaniu. 

Nawet jeśli czuję pewność swoich umiejętności, mózg w momencie podejmowania jakiegoś wyzwania wychodzi ze swojego ciepłego kącika i zrobi wszystko, by do niego wrócić. 

Żebym siedziała na dupie, jadła kinderki, oglądała kompilacje memów i oszczędzała energię potrzebną do przetrwania. Mózg nie do końca ogarnął, że już dawno wyszliśmy z jaskiń. Mamy drony, latamy samolotami, wyprodukowaliśmy i zdetonowaliśmy bomby atomowe, ale nasze mózgi ewolucyjnie w pewnych aspektach ciągle są na etapie ludów pierwotnych. Bang, już nie musicie czytać Homo Sapiens, wszystko Wam już wyjaśniłam.

Pogodzenie się ze strachem pomogło mi też okiełznać prokrastynację. A raczej rozpocząć proces jej oswajania, bo szczerze przyznaję, że przede mną jeszcze długa droga. 

Prokrastynacja jest właśnie skutkiem strachu przed podjęciem działania. Świadomie odkładamy wykonanie jakiegoś zadania w czasie, bo czujemy, że ono nas przerasta. Nie wiem jak wy, ale ja mam tak, że pół biedy jeśli ktoś mi wyznaczy deadline. Prawdziwy problem pojawia się gdy chciałam zrobić dla siebie coś ponadprogramowego, jakiś osobisty projekt. Wtedy potrafię bić rekordy kreatywności w wymyślaniu wymówek, byle nie wykonać tego minimalnego wysiłku. Nie, nie napiszę posta na bloga, mam do wypolerowania zaśniedziałą srebrną łyżkę po babci, priorytety!

Dobra, wiem już, że często prokrastynuję, przyznaję się. W tym momencie mogę zrobić dwie rzeczy:

  1. ocierać łezki gorzkiego śmiechu przy memach o odwlekaniu w nieskończoność rzeczy, które bardzo chcę zrobić, ale prokrastynacja mnie blokuje, moja potrzeba samorealizacji wyje z rozpaczy.
  2. wziąć się do pracy nad prokrastynacją z wiedzą, że to nie będzie łatwe i przyjemne, ale ten wysiłek może zaowocować na dłuższą metę. 

Dla dobra swojego i Waszego jakiś czas temu wybrałam drugą opcję. Jak więc radzę sobie z prokrastynacją?

W tym momencie gładko jak masło na rozgrzanej patelni prześlizgujemy się do kolejnego punktu, czyli:

Od ogółu do szczegółu 

Weźmy na przykład coś takiego, do czego wszyscy możemy się odnieść. Coś co jawi się jako trudne w ogólnej opinii. Napisanie licencjatu – widząc tak skomplikowane zadanie od razu odechciewa się wszystkiego. A co powiesz na napisanie pół strony wstępnego draftu. Już nie brzmi tak strasznie, prawda?

Wielkie zadania to nic innego jak zbiór małych tasków prowadzących do drobnych celów. A małe cele osiągane regularnie już nie są tak straszne i dają więcej satysfakcji. Zwłaszcza, gdy są mocno sprecyzowane, na przykład: napiszę pół strony wstępu dziś do godziny osiemnastej. To zostało nawet udowodnione w badaniach prosto z Oksfordu, ciekawscy znajdą je w linkach do odcinka. Według naukowców zarówno satysfakcja z pracy i produktywność są znacznie wyższe, gdy podzielimy pracę na wiele mniejszych odcinków.

Zaczynając jakikolwiek projekt, moim pierwszym zadaniem jest rozbicie go na mniejsze kroki. Po drugie, kiedy już wiem, co muszę zrobić żeby osiągnąć wymarzony efekt finalny, rozkładam zadania na linii czasu

W obu etapach bardzo pomaga mi aplikacja Todoist. Nie, to nie jest podcast sponsorowany. ;)))

Todoist umożliwia mi tworzenie projektów i wpisywanie do nich niezbędnych zadań. Potem staram się w miarę realistycznie (bo wiecie, kiedy planuję jestem święcie przekonana, że każde zadanie zajmie mi pięć minut. I wiesz co? Zajmuje znacznie dłużej! Niebywałe!) rozłożyć zadania na najbliższy tydzień, bo korzystam z darmowej wersji aplikacji, a to jest maksymalny okres czasu, w którym można planować. W sumie mi to wystarcza, bo jestem trochę takim dzieckiem chaosu i mam szalenie dynamiczne życie, więc dalsze planowanie nie ma dla mnie sensu.

A jak potem wytrwać w działaniu? Poznajcie dedlajn i procedurę. Tak, wiem, brzmią trochę strasznie. Włos się jeży kiedy wjeżdżają takie korpopodobne słowa. Kiedy zaczęłam zapoznawać się z nimi bliżej w pracy, właśnie taką reakcję we mnie wywoływały. Ale im głębiej w projekty, tym bardziej doceniałam wsparcie tych dwóch… tworów? Nie wiem jak je lepiej określić. Nie jestem najlepsza w teorię zarządzania. Nieważne, wracamy do tematu.

Dedlajn jaki jest każdy widzi. Wpisanie sobie w kalendarz terminu ukończenia pomaga się zdyscyplinować, zgodnie z teorią zarządzania, którą naturalnie znam bardzo powierzchownie. W każdym razie kiedy nikt mi nie wyznacza dedlajnu, motywuję się do roboty ustalając go sobie sama. 

Ale uwaga: dedlajn przy własnych pobocznych projektach ma być pomocą, a nie powodem do stresu. Jego realizacja nie jest kwestią życia i śmierci. Nieraz nie udało mi się zrealizować czegoś w terminie, albo przeze mnie, albo przez czynniki zewnętrzne. Wierzcie lub nie, świat się nie zawalił. Po takiej “porażce” zastanawiam się, co w moich szacunkach poszło nie tak i wprowadzam korekty. Z czasem i doświadczeniem ustalam coraz dokładniejsze dedlajny.

Dobra, dedlajn mamy rozpracowany, czas na procedury! Mam dla nich wiele ciepłych słów, choć jeśli nie miało się okazji ułatwić sobie pracy choć jednym, kojarzą się raczej negatywnie. 

Na przykład w filmach tylko nudne albo budzące mordercze instynkty postacie się do nich odwołują. Hasło “Takie są procedury” zazwyczaj próbuje zrujnować misterne plany głównego bohatera. 

Na szczęście jest też jasna strona procedur. Przydają się szczególnie gdy wykonuję powtarzalne zadania. Pokażę Wam to na przykładzie mojej procedury publikacji podcastu. Brzmi groźnie ale to nic innego jak rozpisanie checklisty procesu. Po kolei lecę z:

  1. Pisanie scenariusza.
  2. Review mojego zaufanego recenzenta.
  3. Korekty w scenariuszu.
  4. Nagrywanie podcastu.
  5. Przystosowanie tekstu scenariusza do bloga + linki.
  6. Wrzucenie kompletnego odcinka do Anchora.
  7. Post na burzawmozgu.pl
  8. Share w socialach

Dzięki takiej automatyzacji nie martwię się, że zapomniałam puścić informacji o nowym odcinku na Linkedinie, bo każdy krok mam rozpisany. Wystarczy, że sprawdzę go sobie w procedurach. Dlatego warto mieć ją pod ręką, na przykład w notatkach lub w specjalnym dokumencie, do którego można sięgnąć w każdej chwili.

O czym już nie mówią w filmach? O tym, że moje procedury są elastyczne. Mogę je modyfikować w zależności od moich potrzeb, albo gdy staną się po prostu nieskuteczne. Powtarzając dowolną z moich procedur, staram się przechodzić przez nie uważnie, żeby wyłapać ewentualne niedociągnięcia. Właściwie to przyklejając procedurę podcastu do mojego scenariusza, dorzuciłam parę poprawek. W taki sposób z czasem powstaje super ultra niezawodna procedura, która wspiera moje projekty przez dłuuugi czas. Prawdziwy cud ewolucji.

No dobra, zbliżamy się powoli do końca, bo przed nami została ostatnia szybka optymalizacja robienia nowych rzeczy.

Brzmi: 

Dream big, ale w granicach rozsądku

Czegokolwiek się podejmuję, na początku staram się mieć zdroworozsądkowe oczekiwania, żeby nie zrazić się do nowego projektu. Akceptuję, że na początku rezultaty mojej pracy będą najpewniej kiepskie. Kiedy stworzę coś do internetu, będą to oglądać tylko moi znajomi. Ba, zaczynam tak twardo stąpać po ziemi, że nawet powoli przekonuję się do tego, że nie zrobię tych dziesięciu zadań, które nawciskałam w jeden dzień! Kluczem jest przebrnięcie przez tę frazę pełną mierności i wątpliwości, kiedy pozytywny komentarz napisze najwyżej mama. Później może być lepiej A najłatwiej poradzić sobie z tym etapem właśnie racjonalizacją. 

Rozbijanie dużych zadań na mniejsze, rozkładanie tych małych tasków na przestrzeni kilku tygodni, wyrozumiałość dla lęków i odrobina uporu. Wielokrotnie przekonałam się, że działając w ten sposób mogę zajść daleko. A to dopiero początek!

To już koniec naszego spotkania. Mam nadzieję, że jakiś aspekt moich szalenie zaawansowanych złotych metod pomoże Wam w realizacji. Jeśli ten odcinek Wam się podobał, subskrybujcie mnie na Spotify, żeby na pewno nie przegapić żadnego odcinka naszej wspólnej epickiej podróży w świecie podcastów.

Bądźmy ludzcy, trzymajmy się ciepło, jedzmy mandarynki z biedry, bo już są!!!

Linki:


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *