Po miesiącach poszukiwań znalazłam idealną nazwę dla mojej działalności – Burza w mózgu. I po polsku, i przewrotnie, i błyskotliwe. Także oficjalnie żegnamy się z Damn, I’m blogging i razem wchodzimy w nową etap moich tworów. 
Koniec ogłoszeń, wracamy do tematu. 🙂

***

Jesteśmy wszyscy szalenie kulturalnymi ludźmi. Brudy pierzemy w domu. A tradycje czerpiemy ze średniowiecza – biczujemy się. Oczywiście nie dosłownie. Czasy zrobiły się bardziej wyrafinowane, więc wymagają subtelniejszych metod. Nie sięgamy po brzozowe rózgi, tylko po ostre myśli i słowa. Przecież kaleczą głębiej. Rany goją się dłużej. W zaciszu naszych głów oddajemy się słodkiemu masochizmowi.
Człowiek człowiekowi wilkiem. Używamy tego przysłowia gdy ktoś popchnie starszą panią albo powie przy wszystkich “wziąść”. Ale czy najgorszymi wilkami nie jesteśmy dla samych siebie?

Sztuka pochylenia się nad sobą

Angielski to idealny język do opisywania rzeczy związanych z ludzką psychiką. Na przykład jest w nim piękny termin self-compassion (zaraz więcej). Brzmi znacznie lepiej niż polskie “współczucie dla samego siebie”.

Mamy ograniczoną tolerancję na współczucie. Owszem, jest wskazane kiedy drugiej osobie przytrafi się coś złego. Opór pojawia się, gdy współczucie przydałoby się okazać samemu sobie. Wtedy od razu jest degradowane do litości czy rozczulania się nad sobą. Self-compassion jest daleko do takich zjawisk.

W takim razie czym jest? Meritum self-compassion możemy zawrzeć w jednym prostym zdaniu.

To traktowanie samego siebie jak przyjaciela. 

Takiego, który powie stop, gdy nadmiernie się karcisz, ale też ustawi do pionu, gdy zrobią się z Ciebie ciepłe kluchy.

Często najgorsi krytycy, jakich spotykamy, są w nas samych. Surowiej oceniamy własne błędy niż potknięcia innych osób. To, co bezsprzecznie uważamy za destrukcyjne dla ludzi z naszego otoczenia, namiętnie aplikujemy na sobie. Co mamy w głowach, że się biczujemy, skoro nie zrobilibyśmy tego drugiemu człowiekowi? 

Self-compassion to praktyki pokazujące, że wszyscy jesteśmy równoprawnymi istotami. 
Kiedy przestaniemy zalewać się falą krytyki może się nam udać dostrzec, że stworzenie, na które patrzymy w lustrze, to też człowiek. Zasługuje na szacunek. Ma prawo popełnić błędy. Zdarzy mu się robić żenujące czy okropne rzeczy. A jeśli tylko się nim zaopiekujemy, może nas pozytywnie zaskoczyć. No właśnie…

Jak opiekować się samym sobą?


Mała uwaga: self-compassion jest do wyćwiczenia, ale… Wymaga czasu i cierpliwości. Dlatego oszałamiające efekty możesz zobaczyć w dalszej perspektywie. Na początku zajmowanie sobą jest trochę nienaturalne. Zwłaszcza jeśli wcześniej traktowałeś się jak największego wroga. Możesz czuć dyskomfort naturalny dla wyrabiania w sobie nowego nawyku. Pamiętaj, że to wszystko jest przejściowe. Nie zrażaj się porażkami, bo nic nie tracisz, a możesz zyskać wiele.

Poniżej opiszę cztery praktyki, które można zastosować z marszu. Ale zanim spróbujesz wdrożyć wszystko na raz, uspokój się. Szanse na widoczne efekty są większe, jeśli wprowadzisz poniższe metody stopniowo. Próbując robić wszystko naraz, codziennie, dotkliwiej odczujesz ciężar nowych zadań. A to prosta droga do rzucenia wszystkiego w cholerę, bo próbujesz, męczysz się i na dodatek nie działa.

Ty = przyjaciel

Kiedy ważna rozmowa poszła fatalnie, albo odkryjesz, że przez pół dnia uśmiechasz się szeroko ze szpinakiem między zębami, po pierwsze weź głęboki wdech. I jeszcze jeden. I ze dwa więcej, tak dla pewności. Krok drugi: zadaj sobie pytanie: Jak potraktowałbym przyjaciela w takiej sytuacji? Czy dostałby ode mnie odę o własnej beznadziejności? Szczerze w to wątpię. Spróbuj użyć wobec siebie takiego tonu i słów, jakimi pomógłbyś bliskiej osobie. 

Choć możesz temu zaprzeczać, jesteś najważniejszą osobą w Twoim życiu. I tylko Ty decydujesz jak będzie wyglądać relacja Ciebie z Tobą. Może okazać się, że odrobina wyrozumiałości pomoże Ci szybciej pozbierać się po porażce. 

Dziennik 

Nie jesteśmy swoimi myślami. To, co wydarza się w naszej głowie często nie ma żadnego przełożenia na rzeczywistość. Niestety, granica łatwo się zaciera kiedy jesteśmy z własnymi myślami bardzo blisko przez 24/7. Spisywanie zawartości mózgownicy ma wysoce terapeutyczny wpływ. Niekoniecznie codziennie. Opróżnianie głowy od czasu do czasu jest lepsze niż bierność. Pozwala nabrać wystarczająco dystansu, żeby spojrzeć na swoje demony z większą dozą obiektywizmu. Może okazać się, że straszliwa myśl zatruwająca Ci głowę przez tydzień jest niewartym uwagi strzępkiem.

Medytacja

To temat rzeka, jest mnóstwo wartościowych źródeł o medytacji, a Ty nie masz całego dnia, więc opowiem Ci o najważniejszych rzeczach. Medytacja uczy, jak oczyścić umysł, gdy włącza się wewnętrzny krytyk. To cenny oręż, nie lekceważ go.

Zacznij jak najprościej. Na przykład od pięciominutowej sesji dwa razy w tygodniu. Internet oferuje setki godzin nagrań medytacji, przez które prowadzi Cię lektor o kojącym głosie. Potem, gdy już wyrobisz w sobie nawyk medytowania, możesz zwiększać częstotliwość. I przedłużać sesje. 

Ludzie często zrażają się do medytacji, bo myślą, że skoro ich myśli odlatują, to ich sesja jest guzik warta. Biiip, błąd! W medytacji chodzi o wyłapywanie momentów, w których Twoja koncentracja słabnie. Nawet jeśli odpłyniesz, wracając z powrotem na właściwe tory jesteś zwycięzcą. Mi to rozwaliło umysł na milion kawałków.

Nie lubisz medytować w bezruchu? Mam dobrą wiadomość. Ścieranie kurzy w uważności też może być medytacją. Jazda na rowerze. Malowanie obrazu. Medytacja nie narzuca ograniczeń co do formy. Skupienie można ćwiczyć wykonując dowolną czynność. 
Jeśli miałabym dać Ci jedną radę odnośnie medytacji, brzmiałaby ona: nie kombinuj

Akceptacja

Pisanie tego tekstu idzie mi jak krew z nosa. Jestem rozczarowana, bo nie potrafię zgromadzić tu moich przemyśleń o self-compassion, które już całkiem nieźle zgłębiłam. Nie czuję się z tym dobrze, ale też nie wściekam się na siebie. Po prostu to akceptuję.

Pogodzenie się z faktem, że zazwyczaj nie wychodzi nam tak, jak to sobie ułożyliśmy w głowie, potrafi przynieść dużą ulgę. 

Nieraz zaliczysz błędy. Osoby, których opinią się przejmujesz, też się potkną. Ważne aby dać sobie mentalne przyzwolenie na bycie dalekim od perfekcji. Zamiast wytykać sobie niedociągnięcia, zwróć uwagę na postęp. Pozwól sobie na wyrozumiałość, kiedy znowu coś nie pykło. Puść w niepamięć rzeczy, które już za tydzień nie będą mieć znaczenia. A potem spróbuj jeszcze raz.

Pamiętaj, bezbłędni są tylko Ci, co nic nie robią. Jeśli coś idzie nie po twojej myśli to znaczy, że walczysz żeby nie spędzić całego życia na kanapie.

Na marginesie, podobno najlepsze rzeczy rodzą się w bólach. Oby ta reguła się sprawdziła w tym wpisie…

***

Nie lubię pisać zakończeń, bo wychodzą pompatycznie. Mam tylko trzy zdania zanim wrócimy do naszych spraw.
Spróbujmy być dobrzy. Dla samych siebie. Choć przez jeden dzień.

KŁAMAŁAM!
Czekaj jeszcze! Mam trzy drobiazgi na koniec.

  1. Tutaj jest strona doktor Kristin Neff, pionierki w badaniach nad self-compassion. Są na niej dedykowane medytacje, badania i proste ćwiczenia pomagające rozwinąć przyjaźń ze sobą. Jeśli masz już za sobą test jaką pizzą jesteś, możesz też sprawdzić tam swój poziom self-compassion.
  2. A tu zostawiam Ci tajemny portal do chillowego filmiku o self compassion, w pigułce z całkiem przyjemnymi animacjami. Uwaga, są rysunkowe C Y C K I! 
  3. I w końcu zajawka! Otwieram sklep z plakatami, gdzie możesz zamówić plakat z jednym z moich kolaży. Wkrótce będzie ich więcej, więc bądź przyczajonym tygrysem. Z radością zostawiam link do dostępnych wzorów


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *