Cześć, nadchodzi burza w mózgu. Wracam po długaśniej przerwie. Nie będę wdawać się w zawiłe wytłumaczenia, bo kto ma na to ochotę i czas? Powiem krótko: sesja morderca nie ma serca. Na szczęście się z niej wygrzebałam, więc łapcie świeży odcinek podcastu! 🙂

Na początku roku chciałam stworzyć 20 lekcji kreatywności na 2020. Ambitnie, prawda? Bo mamy 2020 rok i tak komplementarnie byłoby aż dwadzieścia lekcji o kreatywności.Jednak pisząc scenariusz tego odcinka stwierdziłam, że nie jestem w stanie wyłuskać tylu rzeczy. A nie chcę wysysać z palca niesprawdzonych teorii tylko po to, żeby zadowolić swoje i Wasze zapędy perfekcjonisty. A idź pan, kto by się w to bawił. Rozsądek przede wszystkim. 

Za to zebrałam kilka rzeczy, których rzeczywiście nauczyłam się lub utrwaliłam w swoim umyśle w 2019 roku i mam zamiar posiłkować się nimi w 2020, więc z czystym sercem mogę się nimi podzielić.

Parę lat temu kompletnie nie wiedziałam, w czym jestem dobra. Myślę, że przyczyniły się do tego typowe nastoletnie kompleksy i dążenie do bycia dobrą i wyuczoną ze wszystkiego. Na szczęście wraz z wiekiem, godzinami psychoterapii i jakimiś okruchami życiowego doświadczenia porwała mnie fala samoświadomości. Zaczęłam przyglądać się sobie i dostrzegać mocne i słabe strony, które składają się na mnie, na Magdę. Oczywiście to jest dopiero początek obserwacji, bo, mam nadzieję, to dopiero początek mojego życia. W każdym razie myślę, że rdzeń mojego jestestwa mam już mniej więcej ogarnięty. Przynajmniej na razie, bo kto wie, w którą stronę wyewoluuję. Choć myślę, że jeden z moich wniosków pozostanie niezmienny.

Gdybyście mnie obudzili o północy, przystawili pistolet do głowy i dali trzy sekundy na wybranie mojej największej zalety, bez zająknięcia powiedziałabym, że to kreatywność. A potem zapytałabym, co do cholery robicie w moim domu i czy w ogóle macie pozwolenie na broń. 

Od około roku uczę się traktować moją kreatywność z większą uwagą. W wyniku tego mozolnego procesu zauważam, że dojrzewa i czuję, że może jeszcze osiągnąć jeszcze lepszą kondycję. Przyjmijcie ode mnie skromną garstkę kreatywnych spostrzeżeń i wiedzy, które wykorzystuję. Nieważne, czy jesteście twórcami czy nietwórcami.

Kreatywność jest jak mięsień

Jeśli ją ćwiczymy, rozwija się. Im więcej kreatywnych rzeczy zrobimy, tym szybciej synapsy w mózgu tworzą nam nowe zadziwiające połączenia i wspomagają w wymyślaniu nowych szalonych rzeczy. Jednym z najprostszych ćwiczeń kreatywności jest rozrysowanie sobie kilkudziesięciu kwadracików i wykorzystaniu ich w rysunkach w trakcie minuty. Tak, to mogą być patyczaki, nie chodzi tu o stworzenie dzieła sztuki, a o zmuszenie mózgu do nieszablonowego myślenia. W przyszłości, na pewno szerzej omówię temat trenowania kreatywności, ale na razie zachęcam Was do wpisania w google hasła creativity workout i wybrania sobie kilku (albo nawet jednego, bo kurde nawet jedno kreatywne ćwiczenie dziennie to już jest szał) z pierdyliarda ćwiczeń, które pomagają kreatywności rozkwitać.

Spisuj swoje pomysły

Gdybym miała wehikuł czasu, to przeniosłabym się do momentu w którym po wpadnięciu na fajny pomysł  pomyślałam: “Pfff, przecież zapamiętam.” i dałabym sobie plaskacza. I nawet by mnie nie obchodziły skutki zaburzenia czasoprzestrzeni związane z pokazaniem się samej sobie z przeszłości. 

Magda, nie zapamiętasz tych pomysłów. Ba, nie zapamiętasz, że miałaś je zapamiętać! Nieważne jak głupie wydają się stare pomysły, warto je mieć pod ręką. Może po czasie większość okaże się być zupełnie bezużyteczna. Część odpadnie na początkowych etapach realizacji. 

Ale z drugiej strony kto powiedział, że pomysły nie mogą ewoluować? Rzadko które idee są idealne od początku do końca. O ile jakikolwiek pomysł jest idealny. Nawet stare nieidealne pomysły zaaplikowane w odpowiednim momencie mogą dać dużego inspiracyjno-kreatywnego kopa.

Jeśli lubicie papier, warto nosić przy sobie notes i przelewać kreatywne rzeczy z głowy prosto na kartki. U mnie się to nie sprawdziło, wygląda na to, że jestem digitalowym stworem. Co więcej, nie znalazłam jeszcze digitalowego notatnika, który spełniałby moje oczekiwania. Na ten moment najlepiej sprawdziła się aplikacja todoist. Choć jest przeznaczona do zapisywania zadań, całkiem nieźle radzi sobie jako quazi-notatnik. Można tworzyć w niej projekty z wolnostojącymi pomysłami-zadaniami, pogrupowanymi w sekcje. Ta metoda przydaje się przy planowaniu zadań przy moich projektach na przestrzeni tygodnia.

Wena sprzyja przygotowanym 

Czekanie na inspirację jest dla mnie przereklamowane. I przetestowane z marnym skutkiem. Zamiast tego wolę choćby próby działania, nawet jeśli byłaby to najgorsza orka mojego życia. Czasami proces twórczy boli. Na przykład w tym momencie mnie trochę boli pisanie scenariusza do tego odcinka. 

Ostatnio wpadłam w wir wywiadów z Ralphem Kaminskim, w których przyrównywał proces pisania piosenek do obierania ziemniaków na obiad. Trzeba siąść na dupie i zacząć strugać, bo zazwyczaj nikt tego za nas nie zrobi. Rzadkością jest, że ktoś nam te cholerne ziemniory obierze i pokroi w zgrabne frytki. Jednak w większości przypadków jesteśmy zdani na siebie. Bardzo się cieszę, że trafiłam na te słowa, bo to pokazuje, że niezależnie od prestiżu, możemy zmagać się z podobnymi twórczymi problemami.

Na szczęście na końcu drogi przez mękę często znajduję nagrodę. Choćby nie wiem jak trudny byłby proces tworzenia bez weny, mam z tyłu głowy, że kiedy skończę będę z siebie bardzo, ale to bardzo zadowolona. 

Oczywiście nie neguję roli weny czy inspiracji – kiedy już przychodzi, to przyodziewa nas w skrzydła na których radośnie lecimy przez twórcze morze niczym mewa, która podwędziła najgrubszą frytkę. Ale zdając się w stu procentach na nią (na wenę, nie na gigantyczną frytkę; chyba muszę coś zjeść…), może nam trochę brakować umiejętności żeby wcielić swoje wizje w życie. Kiedy brakuje inspiracji, na scenę wchodzi dyscyplina. Czasem parę godzin trudów może dać super rezultaty. A gdy wena do nas przyjdzie przy pracy, dzieją się rzeczy niezwykłe. Mamy już zaplecze, żeby ją wykorzystać. Możemy stworzyć elementy układanki, którym wystarczy jeden klik, który zapewni nam właśnie wena. A jeśli go nie będzie, to też spoko. Posiedzimy nad pracą kolejne parę godzin i nie ma w tym nic złego. Podobno najlepsze rzeczy powstają w bólach. No co Wam powiem, takie jest życie!

Pomysł jest tylko procentem sukcesu 

Miałam w swoim życiu taki niechlubny okres, w którym myślałam diametralnie inaczej. Wymyślałam mnóstwo ciekawych rzeczy. I na tym wymyślaniu się kończyło. Realizowałam zaledwie ułamek moich pomysłów. Albo tylko gadałam o realizacji. A to o nią chodzi! Nawet genialne pomysły są bezużyteczne jeśli nie spróbujemy z nimi coś zrobić. Nawet jeśli oznacza to wywrócenie ich do góry nogami. Trzeba się przygotować na to, że prawie na pewno początkowe założenia się zmienią. Pomysły mają nieodzowną skłonność do ewoluowania i zmian. Święcie wierzę w to, że klucząc możemy odkryć rzeczy, na które byśmy nie wpadli trzymając się wyznaczonego szlaku. A wracając do głównego wątku… Pomysły bez wcielenia w życie można rozbić o kant… meblościanki Twojej babci. A tak serio nie rób tego, bo lepiej takiemu pomysłowi dać drugą szansę i zagospodarować, i zobaczyć dokąd nas doprowadzi. A jeśli prowadzi donikąd, rozstać się z nim w zgodzie.

Bo trzeba też wiedzieć, kiedy przestać. Wytrwałość i dyscyplina są fajne. Ale jeśli na spółę z nieuzasadnionym poczuciem powinności są jedynym argumentem, który nas trzyma przy robieniu jakiejś rzeczy, wtedy to już staje się niebezpieczne, bo wiedzie do wypalenia. Oczywiście nie dotyczy to przejściowych trudności. Choćbyśmy nie wiem jak kochali to co robimy, w końcu przychodzi kryzys, który trzeba po prostu przeżyć. Ale jak powie wam każdy nepalski mnich, po każdej burzy wychodzi słońce.

Akceptacja zmienia wszystko

Zdarzyło wam się wpaść w taki dół, że wydawało Wam się, że nie wykrzesacie już z siebie ani krzty kreatywności? Przeżywam to za każdym razem na różnych etapach pisania tekstu. Tworząc kolaż. A nawet bazgrając sobie coś w notatniku. Czarna rozpacz jest chyba nieodzownym elementem tworzenia. Co w takim razie zrobić z tym cholernym kryzysem twórczym? Myślę, że możemy to tylko zaakceptować i nauczyć się z tym żyć. Jest cała masa rzeczy, na które mamy wpływ. Na jeszcze większą masę wpływu nie mamy. Czarna twórcza rozpacz należy do drugiej grupy. I tyle. 

Pomaga mi też podglądanie doświadczeń innych twórców, niekoniecznie związanych z moją branżą. Ostatnio oglądałam ciekawy filmik w którym Billie Eilish i jej brat rozkładają na czynniki pierwsze piosenkę Bad Guy. Bezczelnie założę, że znacie ten utwór, bo w okolicach lata był WSZĘDZIE. Podczas tych dziesięciu minut rozmowy widać, jak wiele pracy i frustracji wymaga kreatywny proces. Na przykład opowiadają, że Billie nagrywała wokale całymi tygodniami, bo ciągle była niezadowolona. Albo pokazują ile razy musieli powtarzać charakterystyczne piosenkowe DUH. Nie wiem jak Was, ale to, że nawet takie gwiazdy na światowym poziomie, poniekąd siedzące w fachu od maleńkości, mają  gorsze dni, a nawet całe okresy. Jest mi wtedy raźniej podczas moich zmagań z procesem twórczym. 

W ogóle mówi się, że kiedy znajdziemy swoją pasję, to zawsze się chce to robić. Że nie przepracujemy ani dnia więcej.  I nie ma się żadnych wątpliwości, że tak, kocham to robić. Bo w przeciwnym razie nasza pasja nie jest prawdziwa. To stek bzdur! Jeżu leśny, aż muszę rzucić truizmem: nie jesteśmy robotami. Czasem pracujemy niesieni jak na skrzydłach. Czasem najchętniej rzucamy wszystko i kładziemy się z miską chipsów przed kompilacją memów. I to jest NORMALNE. I do zaakceptowania! I wiecie co? Paradoksalnie akceptując swoją niedoskonałość, możemy sobie z nią lepiej radzić, bo przestajemy sobie zatruwać głowę krytycznymi i zbyt wymagającymi myślami. Przypomina to trochę zaburzenia odżywiania. Mając niezdrową relację z jedzeniem, myślimy o nim cały czas. Czy to chcąc ciągle jeść, czy to próbując stać nad sobą z pejczem żeby nie jeść. Kiedy kiedy uczymy się traktować jedzenie jako paliwo, coś niezbędnego do życia, nagle spada ono z piedestału i zwalnia w głowie miejsce na nowe, budujące myśli. Z tworzeniem i kreatywnością jest tak samo. Pozwólmy sobie spojrzeć na siebie z wyrozumiałością, a wtedy wszystko ma szansę się zmienić. Oczywiście na lepsze!

Wspieraj swoich ulubionych twórców

Co to ma wspólnego z kreatywnością. Ano wiele… Bo w rozwinięciu kreatywności możemy pomagać nie tylko sobie, ale też drugiej osobie. I to na dodatek to jest bardzo łatwe! Jeśli uznanym artystom zdarzają się momenty zwątpienia, to pomyśl, co może dziać się w umysłach małych twórców, którzy znacznie rzadziej słyszą wyrazy uznania. Nie trzeba od razu wykupywać sklepiku żeby wspierać. O ile uznajemy czyjeś prace za wartościowe, warto o tym mówić. Choć możemy się wstydzić naszych ciepłych uczuć, dobrych słów nigdy za wiele. Nigdy nie wiadomo, czy takim wsparciem nie wyciągniemy kogoś z głębokiego twórczego doła. Tam gdzie jest motywacja, prędzej czy później w ruch wprawiamy kreatywność. 

Także jeśli Wam się coś bardzo podoba, zostawcie ukochanemu twórcy chociaż serduszko! <3

To już koniec dzisiejszych rozkmin. Mam nadzieję, że wyniesiecie z niej coś dla siebie i Wasza kreatywność rozkwitnie zacznie produkować wspaniałe rzeczy. A jeśli nie, to że przynajmniej fajnie spędziliście czas, bo ja mimo twórczych wybojów bawiłam się przednio.

Myjcie rączki, kasłajcie w łokcie, miejcie na uwadze myszolejenie i trzymajcie się w tym temczu. Ściskam was z bezpiecznej odległości dwóch metrów. Narazie! 

LINKOWNIA

One thought to “Jak zwiększyć kreatywność? | BURZA W MÓZGU PODCAST”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *