Lubię poznawać kreatywność na wskroś, również w aspektach psychologii produktywności. Jednak w tych tematach mogę się tylko ślizgać po ogólnikach, bo zdecydowanie nie jestem ekspertem. Można wręcz powiedzieć, że się nie znam. W tym momencie postąpię wbrew mojej polskiej naturze i w związku z tym się nie wypowiem. Za to wypowie się mój fantastyczny gość. Jest mistrzem ogarniania życia, kocha dobrze opowiedziane historie i otwarcie przyznaje się do uzależnienia od kawy. Niektórzy określają go mianem najspokojniejszego stratega świata. Mowa o Andrzeju Tucholskim. Dziś pogadamy o tym, jak rozwijać kreatywność.

Czytanie jest dla słabych? Słuchaj wywiadu tutaj:

LINKOWNIA: Kreatywność

Cześć Andrzej! Miło Cię witać w moich skromnych burzowych progach!

Dziękuję za zaproszenie. Fajna podprowadzka!

Dziękuję 🙂 Mam dziś rzadką możliwość porozmawiania o kreatywności w kontekście psychologii! Dlaczego jest tak że pod prysznicem mamy milion pomysłów na minutę, a w pracy czy na studiach, czy w szkole nagle nic nie może nam przyjść do głowy?

Dobre pytanie. Powody są trzy.

Powód numer jeden jest taki, że w obliczu obowiązków włącza się widzenie tunelowe. Jesteśmy skupieni na jakimś punkcie widzenia i myślenie out of the box, kreatywne staje się dosyć trudne. Naczytamy się jakiegoś briefu, zaczynamy pod kątem tego briefu interpretować informacje, które do nas przychodzą, które my staramy się wygenerować i już z tą swobodą skojarzeń robi się gorzej.

Numer dwa: sprzyjająca sytuacja pod prysznicem – jesteśmy tam zrelaksowani. Umysł zrelaksowany o wiele lepiej myśli niż umysł zestresowany. Jeśli ktoś próbuje być super zabawny i niesamowicie kreatywny z pistoletem przyłożonym do głowy, to może mu to nie wyjść.
A jak po prostu damy komuś święty spokój, to najprawdopodobniej ta inspiracja gdzieś się pojawi.

Trzecia kwestia jest taka, że pod prysznicem pozwalamy naszym myślom błądzić. Bardzo rzadko pozwalamy naszym myślom błądzić. W każdym przytomnym momencie poza spaniem człowiek jest na czymś skupiony. Taką typową czynnością, kiedy człowiek nad niczym konkretnym nie myśli, jest właśnie prysznic. Bardzo możliwe, że dla niektórych to także spacer gdzieś w przyrodzie, jeśli się nie “dogłuszają” podcastem lub muzyką. Sprzątanie domu, gotowanie, to też czynności, w trakcie których nasze myśli błądzą. Myśl błądząca ma to do siebie, że potrafi skręcić w bardzo ciekawą stronę i np. rozwiązać jakiś problem, który traktowaliśmy do tej pory podświadomie.

To bardzo ciekawe! Czyli przerwy i nudzenie się sprzyja kreatywności?

Jak najbardziej! Nuda to jest najbardziej niedoceniana rzecz na świecie. Dziecko powinno się wystawiać na nudę, mówię teraz z perspektywy rodziców. Dziecko które się nudzi to dziecko, które ma szansę samo odkryć i sprawczo zwartościować co lubi, a czego nie lubi. Totalnie nie należy dziecku zapychać życia “antynudą”.

Nuda jest szalenie przydatna. W życiu dorosłego też powinniśmy dążyć do nudy, bo kiedy osoba dorosła nudzi się, pozwala błądzić swoim myślom. To bezcenna sprawa. Jesteśmy wiecznie skompresowani w stresach, ktoś coś od nas chce, ktoś do nas krzyczy, Instagram nam wibruje. Taki moment dekompresji ma miejsce w trakcie prysznica, siedzenia w wannie, a dla wielu to też może być medytacja. Bardzo dużo osób, które zaczynają medytować, mówi, że medytacja nie wyszła, bo mieli taką wielką gonitwę myśli, że musieli wziąć kartkę papieru i wszystkie spisać. Ej, na tym polega medytacja! Jak się nauczysz obcować z faktem, jak dużo samochodzików myśli jeździ autostradą w twojej głowie, to z czasem, w ciągu dnia, będziesz sobie więcej pozwalać na zrzuty tych myśli, które masz i medytacja zacznie być cichsza.

W ludzkiej głowie kłębi się miliard myśli. Jak sobie pozwolimy na chwilkę nudy to one spłyną. Nie bez powodu każda osoba, która coś osiągnęła w historii, prowadziła jakąś formę dziennika. Dobrym pomysłem jest po prostu te nasze zbłąkane myśli wynotowywać, bo jak znajdą ujście my będziemy bardziej z nimi pogodzeni. Będą też bardziej praktyczne w jakimś wykorzystaniu typu pomysł.

A czy da się zaprogramować swój mózg do tego, żeby wymyślać fajne rzeczy niezależnie od sytuacji w jakiej się znajdujemy? Na przykład bardziej zastymulować swój mózg w środowisku bardziej “pracowym”, gdzie nie zawsze jest miejsce na to żeby się odłączyć i pozwolić swoim myślom swobodnie spływać.

Jasne, mówi się na to design thinking, ale to nie jest jedyna rzecz, która może nam pomóc. Istnieją pewne ustrukturyzowane metody na bycie kreatywnym. To śmiesznie brzmi, bo dla wielu osób bycie kreatywnym się kojarzy z tym, że masz francuski beret, jesz bagietkę, siedzisz sobie na tarasie i patrzysz w dal pijąc wino, i jesteś kreatywna.

A to nie jest prawda. Mianowicie w praktyce taka zupełna kreatywność nie jest do końca praktyczna w kontekście zawodowym. Bo jak mamy posiadówę pod kątem: wymyślmy w jaki sposób zoptymalizować resztkę budżetu, by zachęcić do zakupu minimum dziesięciu procent więcej klientów niż ostatnio, bo musimy przetrwać w trakcie kryzysu. Jeśli w tym momencie powiesz, że pomalowanie bizonów na żółto i pisanie na nich losowych słów z wierszy Szymborskiej jest bardzo kreatywne, no to zgadzam się z Tobą, jest to bardzo kreatywne. Niestety w żaden sposób nie ratuje firmy. Tym, co powinniśmy w środowisku zawodowym stosować, jest adaptywna kreatywność, czyli próba natychmiastowego zrozumienia problemu, przeanalizowania gdzie naprawdę leży, bo wtedy włączy nam się kreatywność. Musimy NAPRAWDĘ zrozumieć, gdzie leży problem. Czy jest nim jest mało klientów, czy to mały budżet, czy nieskuteczna strategia z ostatnich miesięcy.

Jak się naprawdę dokopiemy dokładnie do tego, co nam przeszkodziło w realizacji planów, możemy zacząć w kreatywny sposób (czyli inny niż jakieś przyjęte toki myślenia) zacząć te problemy rozwiązywać.

Istnieją konkretne narzędzia pobudzające kreatywność. Ja mam taką talię, która zawiera z 60 kart. Na każdej karcie jest napisana pewna zabawa myślowa, takie narzędzie do design thinkingu.

Pamiętasz może jak się nazywa? Czy można by ją dostać w Polsce?

Wydaje mi się że tak, ale nie znajdę jej teraz. Znajdę i doślę! 🙂 Używam jej od jakichś sześciu/siedmiu po prostu nagminnie! W każdym razie ta talia kart polega na tym, że podsuwa Ci zachęty do zabawy mentalnej. Zabawa polega na tym, żeby potasować i rozłożyć na stole dziesięć takich kart, czy ile tam chcesz i spróbować ugryźć ten pomysł, na który się patrzysz, na te 10 zabaw mentalnych. Na przykład spróbuj pomyśleć odwrotnie, że wszystko co robisz nie kosztuje cię pieniędzy tylko przysługi. I takie rozruszanie sprawia, że po pięciu minutach ta talia kart jest niepotrzebna. Po prostu zaczynasz kreatywnie myśleć, ale to myślenie ma to jakąś praktyczność, zaczepkę w rzeczywistości.

Czy znasz ćwiczenia, które można by wykonać w dowolnym miejscu w dowolnym czasie bez rekwizytów, żeby się pobudzić do kreatywności?

Jasne! Przede wszystkim odwracanie myślenia. Jeśli do tej pory myślałem, że muszę pracować więcej żeby więcej zarobić, to wypisuję teraz dziesięć sposobów na to, żeby zarobić więcej robiąc mniej. Albo próbuję wypisać dziesięć sposobów, żeby w ogóle zarobić mniej niż aktualnie zarabiam. Sposoby na to, by np. zarobić w ogóle robiąc coś innego czego nigdy nie robiłem, w żaden sposób nie bazując na moich mocnych stronach. Albo jeśli moim problemem jest to, że mam zorganizować jakiś event, to na przykład w jaki sposób mogę to zrobić używając tylko telefonu. Albo tylko i wyłącznie maila. Bez budżetu. W jaki sposób mogę to zrobić jeżdżąc do nich, a nie żeby oni jeździli do mnie?

Cała kreatywność płynie z tego, żeby stawiać sobie masę ograniczeń.

Te narzędzia myślowe, o których wspomniałem, talia kart, design thinking, to nie jest nic innego jak barwne ograniczenia. Bardzo ciężko jest być osobą kreatywną jak się patrzysz na puste płótno. Jednak gdy masz strasznie precyzyjne wymogi, to ta kreatywność w zasadzie sama podnosi łeb z dywanika przy drzwiach, bo ma ochotę na spacer. Skoro masz dużo ograniczeń, musisz barwnie do nich podejść.

W sumie to się zgadza! Gdy robię kolarze i mam już podany jakiś motyw przewodni, albo biorę udział w jakimś wyzwaniu kreatywnym, to szybciej potrafię stworzyć kompozycję, bo już mam narzucone ramy i muszę działać z tym, co mam przedstawione.

Tak jest sto razy łatwiej być kreatywnym!

Słuchaj, na tym polega też nauka fotografowania. Jak masz ochotę nauczyć się fotografować, to najlepszą metodą na świecie, oprócz oczywiście przyswojenia podstaw, jest chodzenie na spacery nawet z komórką i robienie sobie wyzwań. Dziś robię zdjęcia rzeczom czerwonym. Jutro robię zdjęcia ostrym kątom. W środę robię zdjęcia rzeczom obłym. Serio, to jest fantastyczna zabawa, bo w ciągu miesiąca możesz zrobić trzydzieści spacerów dookoła własnego bloku i z każdego z nich wrócisz z zupełnie innymi wspomnieniami, bo pod innym kątem patrzyłaś na świat. Im bardziej postawimy sobie twarde ograniczenie, tym bardziej nasza głowa będzie buzowała, żeby A – jakoś je zrealizować, B -trochę obejść.

To doskonały pomysł! Może moja rolka z aparatu przestanie być zapełniona tylko kotami z okolicy.

Spoko, moja jest wypchana kawą. 🙂

Wszyscy mamy jakieś słabości! 🙂

Jak najbardziej!

Przedtem mówiłeś o kreatywności w kontekście tego, żeby rozwiązywać problemy, np. zorganizowanie eventu czy zarabianie więcej. W jednym ze swoich filmów powiedziałeś, że dopiero kiedy zrozumiemy istotę problemu z jakim się mierzymy, możemy znaleźć dla niego fajne rozwiązania. Jak podchodzić do problemów, żeby identyfikować ich sedno?

Najlepiej to poczytać stoików, ale to generalnie jest moja rada na wszystko. Jedną z zasad stoicyzmu jest patrzenie na świat takim, jaki jest. A skoro prosisz o konkretne narzędzia to mam dwa. Jedno trochę bardziej chamskie, drugie trochę bardziej miłe, ale to chamskie niestety działa lepiej. W każdym razie, chamskie narzędzie polega na tym, że próbujesz zawsze w taki wręcz medyczny, ohydny sposób opisać jakąś rzecz.

Fajnym przykładem, który mój kolega kiedyś wymyślił jest paczka chipsów. Mianowicie im bardziej myślisz o zjedzeniu paczki chipsów, jeśli lubisz chipsy, to im dłużej o nich myślisz tym masz bardziej rosnącą ochotę. Im będziesz bardziej się nakręcać i będziesz dłużej stała w alejce w sklepie i na nie patrzyła, tym się pewnie bardziej nakręcisz, że masz na nie ochotę. Najgorsze co sama sobie możesz zrobić, żeby zepsuć tę fantastyczną ochotę na chipsy, to zacząć sobie wyobrażać pokrojone ziemniaki w szklance oleju. Bo jak zaczniesz myśleć o pokrojonych ziemniaka w szklance oleju to nie wiem, czy może kogoś to kręci, ale mi się tak trochę robi mniej smacznie znienacka.

Im dłużej myślisz o tym, tym bardziej się dokopujesz do takiego core. Podobnie jest z jakimikolwiek markami. Jeśli masz ochotę straszną kupić sobie konkretnie buty Jezziego z jakiegoś powodu, to jak zaczniesz ryć w głębi, że to jest po prostu ładnie, no ale jednakowoż sztuczna tkanina przymocowana do gumy przez tą samą fabrykę w Bangladeszu co większość innych firm. Bardzo możliwe, że znienacka ta marka straci dla Ciebie blichtr i to jest swoją drogą bardzo fajna zabawa Antykapitalistyczna. Próbować wyobrażać sobie taką genezę, taki czysty rdzeń tego co co chcesz. Nie opłaca się z tym przesadzać po sobie można zrobić krzywdę, bo w pewnym momencie korzystając z tej samej zabawy można stracić wiarę w miłość, bo się człowiek wkręci, że to są tylko wyrzuty hormonów chemicznych, a trochę nie o to chodzi w życiu. Musimy mieć trochę magii, trochę oszustwa, żeby się wszyscy dobrze bawili. To jest jedna z metod.

Druga z metod to jest zadawanie, jak pięciolatek pytania, dlaczego np. jeśli ktoś ma problem z tym, że ogląda za dużo seriali, no to ciężko będzie naprawić problem “oglądam za dużo seriali”. Gdybym chciał oglądać mniej to bym oglądał mniej. Zabranianie sobie zasmuci Cię. Nie warto rozwiązywać problemu tak żeby ci było smutno, skoro masz ochotę oglądać seriale. No więc DLACZEGO oglądam za dużo seriali. Często nie chce mi się pracować, a to mam pod ręką. Dlaczego to masz pod ręką to wiadomo, bo mamy Netflix itd. Ale w takim razie kolejne pytanie: dlaczego ci się często nie chce pracować. Kolejna odpowiedź może brzmieć: bo często nie rozumiem co mam zrobić i nawet mi się nie chce dopytywać i wtedy się przełącza na serial i potem coś robię.

Powstaje pytanie: dlaczego Ci się nie chcę dopytywać. Możemy się w ten sposób dokopać do tego, że nie lubimy tego jak nasz szef się odzywa w mailach. Nagle mamy nie problem z nadmiarem seriali tylko mamy problem z językiem stosowanym przez naszego przełożonego. Jeśli rozbroimy ten problem, z językiem naszego przełożonego, to zniknie problem seriali do pewnego stopnia. Człowiek to jest takie bardzo bardzo długie domino, w którym my zawsze się skupiamy na tym ostatnim klocku, który tak klasnął o posadzkę dosyć spektakularnie pod tytułem: “O nie! Za mało trenuję! O nie! Jem za dużo lodów! O nie, oglądam za dużo seriali, a nigdy nie myślimy o tym klocku numer jeden.

Taka trochę autopsychoterapia.

Ja wierzę, że to jest cecha zdrowego mózgu, zdrowej psychiki, takiej zrównoważonej psychiki. Umiejętność dobrej introspekcji. Bardzo bardzo takiego gęstego zadawania sobie tych pytań, bo człowiek ma wady. Każdy człowiek ma wady, ale każdy człowiek, kurde no ma też zalety! Większość naszych cech jest w ogóle neutralna. Żyjemy w jakimś takim idiotycznych w zachodnim napędzie, że człowiek ma albo wady albo ma zalety, albo ma mocną stronę albo ma słabą stronę, a to jest nieprawda. Ja mam ze trzy słabe strony, mam ze trzy pewnie mocne strony, ale mam też 96 nijakich stron, po prostu sobie jestem.

To w jaki sposób sprzątam mieszkanie nie jest ani moją mocną stroną ani moją słabą stroną, po prostu to robię. Jak człowiek sobie pomyśli, że po prostu jest człowiekiem, a jak czasem coś nie funkcjonuje, to szanse, że coś nie funkcjonuje z powodu jakiejś twojej wady, w mojej opinii są relatywnie nieduże. Możliwe że jakiś system dookoła Ciebie po prostu trochę negatywnie działa. Swoją drogą, bardzo podstawowy błąd atrybucji, że zwalamy coś na człowieka, nie zastanawiając się nad tym w jaki sposób tę sytuację wcisnęło go zewnętrzne środowisko.

Nawet się mówi, że idzie do psychoterapeuty to większość naszych problemów jest albo z matką, albo z ojcem.

Spotyka się na chodniku dwóch psychologów jeden mówi: Stary, u Ciebie wszystko dobrze, ale co u mnie? Z psychologami trzeba uważać.

Wspomniałeś o stoicyźmie, że to jest twoja rada na wszystko. Jak stoickie podejście pomaga Ci w procesie kreatywnym?

Na trzy sposoby mi pomaga, chciałem powiedzieć o dwóch, ale mnie zainspirowałaś do trzech.

Po pierwsze, z góry narzuca mi ograniczenia. Dzięki temu, że od wielu lat kieruję się wartościami stoicyzmu, nauczyłem się dosyć nieźle analizować co jest pod moją kontrolą, a co nie. Albo jakie coś jest w rzeczywistości. W efekcie moje pomysły są dosyć kreatywne, bo wiem, żeby nie wymyślać rzeczy, które nie będą pod moją kontrolą. Nie zaplanuję tego, jak moja nowa książka zostanie przyjęta. Nie mam pojęcia jak myśli te kilkanaście tysięcy ludzi do których się odezwę w poniedziałek. Za to mogę zaplanować wszystkie działania, które są tylko moje.

Druga rzecz związana ze stoicyzmem jest taka, że tworząc pozwalam sobie na ogromne emocje. W mojej opinii kreatywność potrzebuje emocji. Ciężko być kreatywnym i takim zblazowanym, śpiącym żelkiem na kanapie. Trzeba się pobudzić emocjonalnie żeby coś tworzyć. Ja uwielbiam się pobudzać emocjonalnie, ale stoicyzm pomaga mi potem na spokojnie przeanalizować pomysły.

Dzięki stoicyzmowi zacząłem mieć gdzieś opinie innych. To jest taka rzecz, która mnie prywatnie ogromnie uwolniła. Spędziłem długie lata bojąc się szydery w internecie. Każde środowisko internetowe uwielbia super ironicznie i cynicznie skomentować każdą rzecz, jaką widzi, by na pewno było śmiesznie. A mi to obcinało skrzydła.

Wstydziłem wrzucać rzeczy do internetu, bo, nie daj Boże, będzie durny żart ze mnie. Właśnie dzięki stoicyzmowi zorientowałem się, że absolutnie mam to gdzieś. Życie jest tragicznie za krótkie żebym ja się przejmował jakimiś sześcioma osobami, które coś napiszą. Osobami, które mam gdzieś, które nie są moimi przyjaciółmi, nie są dla mnie ważne, nie są moimi mentorami, nie są moją rodziną i w sumie to ich nawet nie znam i nie spotykam.

Stoicyzm sprawia, że zaczynasz się nie przejmować takimi głupotami, bo pewnym elementem stoicyzmu jest obcowanie z czymś większym. Jednym z haseł w stoicyzmie jest: “Pamiętaj że umrzesz”. I czy z perspektywy Ciebie 80-letniej, to że się dzisiaj wstydziła się coś wrzucić do internetu? 80-letnia Magda będzie dumna z siebie, że stwierdziła: “mam tych ludzi w dupie i zrobię po swojemu”. Większość babć i dziadków, z którymi gadałem, najbardziej popisują się historyjkami, jak kogoś mieli gdzieś. W trakcie strajków w Gdańsku rzucili śmieciem w Milicję Obywatelską, albo krzyknęli wulgaryzmy w stronę ZOMO.

Gdy będziemy już starsi to będą nasze najpiękniejsze wspomnienia.

Taaak! Ile ja rzeczy nie zrobiłem, bo się wstydziłem. Jak to dobrze, że nie muszę się tym przejmować! A wydawało mi się jakąś dogmą, jakąś taką podstawową rzeczą na świecie, że trzeba się przejmować opinią innych. A ona jest zazwyczaj nieistotna! Przejmuję się opinią ludzi mądrzejszych ode mnie w danej dziedzinie. Na przykład chcę być scenarzystą, więc słucham porad zawodowych producentek, które mają na tyle dobrego serca, woli i czasu, że krytykują moją pracę. One są lepsze ode mnie w tym co ja chcę robić, więc jest naturalne, że biorę pod uwagę ich zdanie. Jak pokazuje jakiemuś znajomemu, który nic nie wie o pisaniu scenariuszy i mi mówi, że to jest średnio napisane, to mam ochotę mu powiedzieć: a Ty się średnio ubrałeś!

Co mnie obchodzi twoja opinia, a ciebie co powinna obchodzić moja. Wbrew pozorom opinie takie cenne nie są. To uwolnienie się jest fantastyczne dla procesu kreatywnego. Robię co chcę, najwyżej ktoś się będzie z tego śmiał. Ma do tego święte prawo.

Zwłaszcza, jak sobie zdamy sprawę, że takie przejmowanie się będzie nas dręczyło przez dni i tygodnie, może nawet wróci po roku, kiedy będziemy właśnie zasypać i się osuniemy w strasznym cringe’u. A ta druga osoba pomyśli maksymalnie trzy minuty o naszym “upadku”, zapomni o tym i potem ruszy dalej ze swoim życiem.

No pewnie! Fajny temat poruszyłaś! Takie przejmowanie się to jest bardzo dobry konflikt ego. Swoja drogą stoicyzm też bardzo dobrze walczy z ego. Sądzenie, że ktoś ciągle o Tobie myśli, o jakimś twoim potknięciu, jak wchodziłaś na scenę w liceum, piętnaście lat temu, to naprawdę ma mocno nakichane we łbie pod kątem egocentryzmu. Nikt nie myśli o takich rzeczach. Wszyscy myślimy o sobie.

Chyba wszystkie nastolatki mają dosyć spore ego. Kiedyś na zabawie choinkowej chciałam sobie skrócić drogę na schodach do szatni, więc skoczyłam i uderzyłam się w obniżony sufit głową. Całe towarzystwo w szatni to widziało. Przez całe ferie przejmowałam się, że wszyscy będą o tym mówić i wszyscy będą o tym myśleć, przypominać o tym jak wrócę. I wiesz co? Nikt się tym nie przejął, bo ludzie byli zaabsorbowani tym, że po pierwsze ferie się skończyły, a po drugie co sobie na feriach przeżyli.

Trzecia sprawa, że dwa dni później znowu się ktoś się śmiesznie poślizgnął, takie tematy są co dwie minuty. Trzeba o tym pamiętać.

Wiesz, czasami nadal, jak nie mogę zasnąć, to przypomina mi się jakiś mój epicki fail z podstawówki czy coś w tym stylu, ale no jejku, minął!

W sumie teraz też do takiego momentu doszłam, że aż tak się tym nie przejmuję i teraz to jest okazja żeby się z tego pośmiać. Uczucie, kiedy już możesz zacząć się śmiać z tego co kiedyś sprawiało, że skręcało w środku, jest uwalniające.

To jest fundament pracy kreatywnej! Gdy czytam moje opowiadania sprzed dziesięciu lat, to jest dla mnie takie cringe’owe, że to ciężko wyjaśnić. Ja bym się bardziej bał, gdybym je lubił. To znaczy, że od dziesięciu lat stoję w miejscu. To też jest pewien element pracy kreatywnej, że po prostu musisz robić i iść dalej. Jeśli człowiek się będzie zwieszał, że jego debiut ma być arcydziełem to będzie go ten debiut w wieku 92 lat. I to nadal nie będzie arcydzieło.

Albo postawi sobie takie wysokie oczekiwania i się rozczaruje, bo niekoniecznie musi być tak wspaniale, jak sobie dana osoba wyobraziła.

Warto od siebie dużo wymagać. Jestem strasznie ambicjonalnym człowiekiem. Ja od siebie wymagam nieludzko dużo. W biznesie jest taka anegdota, że produkt ma być albo najlepszy albo na wtorek. Poprawiać produkt możesz w nieskończoność, ale czasem masz po prostu premierę i musisz go wypuścić na tą premierę. Z tą książką, którą teraz piszę, też tak jest. Jestem pewien, że gdybym nad nią pracował kolejne sześć miesięcy to by miała dziesięć błędów mniej. Ale no już kiedyś trzeba wydać! Już dojrzała, już jest gotowa, jeszcze ją poprawią dwie osoby. Jest taki moment, w którym trzeba powiedzieć dobra, jedziemy, najwyżej będę żył z błędami. Najwyżej komuś coś zadośćuczynię, ale nie ma co tego jajka nosić gdzieś tam pod brzuszkiem przez sto tysięcy lat.

Kura znosi jajko, kura idzie dalej.

I tego się trzymajmy! Wracasz co jakiś czas do biznesu. Co zrobić, żeby kreatywność nie była tylko mało produktywnym wypluwaniem pomysłów?

Hmm.. Dobre pytanie…

Można sobie wymyślać jakieś super pomysły i się tak zachwycać: ale wymyśliłam! Ale jeśli nie wcielisz tych pomysłów w życie, one są warte tyle co nic.

.Mam ochotę odpowiedzieć na przykładzie Taco Hemingwaya. W rapie jest taka strasznie mocna potrzeba żeby się nie sprzedać. To jest taka jedna z najważniejszych rzeczy na świecie w historii hip hopu, że jak raper się “sprzeda”, a definicja tego jest gigantyczna, no to już nie jest prawilny. A jak raper się “nie sprzeda” no to jest prawilny. Strasznie miękkie hasła. Pamiętam burzę w szklance wody, gdy Taco Hemingway zaczynał rosnąć. Wypuścił 6 zer, Awizo, 4822, Następną stację.

Dosyć dużo ludzi mu zarzucało, że nagrywa o takich ultrawspółczesnych tematach młodej Warszawki. Pokazuje, że on jest raperem komercyjnym, cokolwiek to znaczy. I pamiętam, że bawiło mnie to wtedy, bawi mnie to nadal, będzie mnie to bawić absolutnie zawsze. Oskarżanie człowieka, który rapuje o współczesnych bolączkach ludzi, że on robi coś w sposób komercyjny, wydaje mi się dosyć durne. To jest krytykowanie artysty za to, że ludzie dążą do słuchania o tym, co ich dotyczy.

Te same zasady dotyczyły sztuk teatralnych w antycznej Grecji. Ludzie raczej woleli chodzić na to, co miało związek z ich zainteresowaniami lub życiem prywatnym. Jest mega ważne, żeby w swojej kreatywności mieć to rozróżnienie. Ja na przykład mam zerowe zainteresowanie w zrobieniu, przynajmniej na razie, kariery jako muzyk. W wolnym czasie komponuję jakąś tam muzykę wiedząc dobrze, że ona może być niechodliwa. Jednakże, na przykład jako scenarzysta mam ogromną ochotę robić to kiedyś w sposób w większej skali niż aktualnie. Dlatego bardzo się staram zawsze zadawać sobie takie bazowe pytania z psychologii biznesu:

Dlaczego ludzie mają się przejmować moim dziełem?

Bardzo wielu artystów odpowiada w tym momencie “no bo powinni”. Mam dla nich złą wiadomość, człowiek nic nie musi pod tym kątem. Nikt nigdy nie POWINIEN lubić jakiejś muzyki. To się nazywa gust. Ludzie mają jaki mają. Ja też mam prywatne marzenie, że ludzie powinni czytać więcej komiksów, ale no co ja mogę funkcjonalnie z tym zrobić? Mogę co najwyżej promować czytanie komiksów co staram się robić na moją małą skalę.

Czasem trzeba zrozumieć, że twoje marzenia mogą być sobie przeciwstawne. Kiedyś chcę żyć tylko z pisania scenariuszy. Więc gdybym już teraz założył, że chcę żyć tylko z pisania scenariuszy do komiksów, to może być trudne, szczególnie w Polsce, gdzie komiksy mają cudną jakość, ale nie za wysokie nakłady, z bardzo wielu powodów rynkowych. A rysowników i scenarzystów mamy wybitnych, ale często muszą dorabiać robiąc coś jeszcze. Więc myślę o tym, że jeśli chciałbym kiedyś napisać scenariusz do komiksu, to jest osobny temat czy mi się uda. No to muszę pomyśleć, że to będzie raczej jako taki side project. Z dzisiejszej perspektywy. Trzeba umieć po prostu realnie patrzeć na swoją kreatywność i realnie odzwierciedlać względem jakiegoś rynku, który istnieje.

Czyli warto tworzyć jakieś wyważenie w wyborze naszych kreatywnych pomysłów pomiędzy uzasadnieniem biznesowym, a naszymi popędami serca?

Kurczę, najładniej na świecie to nazwałaś! Dokładnie tak. Jeśli ktoś ma ochotę w sposób absolutnie nieograniczony realizować swoją precyzyjnie zdefiniowaną kreatywną pasję, to niech to robi, ale niech się pogodzi z faktem, że będzie zarabiał na życie inaczej. Nie ma w tym nic złego! Ja tak robię. Ja kocham blogować, kocham youtubować, kocham podcastować, ale moją największą pasją jest pisanie historii, na których nie zarabiam, ale jest to inwestycja na przyszłość. Jestem świadom tego podziału i nie chodzę i nie jęczę publicznie: Aspirującym pisarzom nikt nie daje dofinansowań! No Jezus, trudno.

Właśnie, chciałbyś być scenarzystą i na robisz to raczej po godzinach. I w sumie wiele osób tak działa ze swoimi swoimi pasjami, hobby. Mają pracę, studia czy szkołę, a po godzinach zajmują się tymi swoimi dodatkowymi rzeczami. Jak być produktywnym w tych swoich projektach, kiedy przychodzimy zmęczeni z pracy i trochę nam się nie chce, ale jednak chcielibyśmy, żeby to jakoś poszło do przodu. Zwróciłeś w jednym swoim poście uwagę na to, że kreatywność potrzebuje czasu na rozpędzenie – co jeśli jest problem z tym rozpędem?

Słuchaj, to jest tak. Z jednej strony istnieją takie typy charakteru. Wydaje mi się, że musimy mocno pogadać o różnicach indywidualnych w psychologii. Istnieją typy charakteru, istnieją typy temperamentu, które doskonale działają w pewnych ramach. Na przykład Remigiusz Mróz. On dosyć mocno i gęsto opowiada o swoim całym toku pisania książek. Jest to człowiek, który siada i od dziesiątej do czternastej pisze książkę. No ja bym ześwirował! Dla mnie to jest takie niepojęte, ale ja znam wielu pisarzy, którzy mówią, że tak piszą. Dla mnie to jest tak niepojęte, że po prostu to tak jakbyś mi mówiła, że ktoś by mi dawał pieniądze za spanie na kanapie. Dosłownie dla mnie to ma tyle samo sensu, ale ci ludzie mają taki temperament i osiągają duże, ogromne sukcesy robiąc tak.

Ja jestem człowiekiem który musi pracować dwutorowo. Gdybym mógł pracować codziennie, najprawdopodobniej ostatecznie napisałbym książkę pisząc po dwie strony codziennie, ale to musiałoby być w takich nieregularnych godzinach. Raczej musiałbym mieć więcej dnia wolnego, aż mnie złapie ta potrzeba. A ja jestem takim człowiekiem, który raczej napisałby książkę raz na trzy dni siedząc od dwudziestej do piątej nad ranem. To jest strasznie w moim stylu. Moja książka, która wychodzi za moment, pomimo tego, że jest psychologiczno-biznesowa powstała dokładnie tak samo. To było kilka, kilkanaście posiadów od osiemnastej do czwartej nad ranem, bo tak działa moja kreatywność. Po pierwsze są różne typy charakteru i czytanie poradników jak pracuje ktoś inny ma ograniczoną zasadność, bo Ty możesz mieć inny charakter. To jest taka mini odpowiedź.

Dłuższa odpowiedź jest taka: po pierwsze, możemy mieć charakter, który nie funkcjonuje najlepiej z pasjami w ograniczonych godzinnych okieneczkach. Po prostu nas to męczy. Druga część układanki może być taka, że my trochę mamy nierozegrany sens lub motywację tego pisania książki. Ja tak miałem.

Zorientowałem się, że uparłem się na takie jedno marzenie, które nigdy tak do końca nie było moje. Trochę przechwyciłem je od kogoś z internetu i w kółko sam siebie okłamywałem. Jeszcze tydzień będę miał więcej wolnego i się tym zajmę. I tak przez trzy miesiące nie zrobiłem nic, ale w kółko sobie powtarzałem, że za tydzień zacznę. Po trzech miesiącach mnie tknęło, że ja się chyba okłamuję, że chcę robić. Gdyby chciał to coś robić, to bym chyba po prostu to robił. Jako odpoczynek, jako czas wolny w sobotę rano. Odrzuciłem to marzenie i poczułem się jakby mi kamień spadł z pleców i mogłem się wreszcie wyprostować i normalnie oddychać.

Wydaje mi się, że jak ktoś ma takie długofalowe, fundamentalne problemy z tym żeby się skupić, znaleźć czas żeby coś robić, możliwe, że ta osoba A – nie do końca chce to robić lub B – nie do końca wie jak to się robi. Jak większość ludzi gada o tym, że chciałaby napisać książkę albo nagrać płytę, ci ludzie nie mają zielonego pojęcia jak się pisze książki lub nagrywa płyty i ich powstrzymuje to, że siadają przed Wordem albo przed programem do produkcji muzyki i po prostu nie wiedzą co dalej.

Dobrym pomysłem zanim zaczniesz realizować swoje marzenia, jest zdobycie jakichkolwiek kompetencji w tym i nie mam na myśli kompetencji nawet stricte: “Rozumiem teorię muzyki, więc mogę komponować POP”, tylko kompetencji pod tytułem “Jak działa ten cholerny plugin do Abletona?”. Dopóki nie zrozumiesz jak działa ten plugin, będzie po tobie. Albo nie wiemy jak coś zrobić, albo tak naprawdę nie chcemy tego robić. Jeśli bardzo nam zależy i wiemy jak to się robi – raczej nie będziemy mieli takich problemów.

Teraz powoli zmienimy troszkę kierunek i porozmawiamy trochę o nawykach, a dokładniej o mikronawykach. Czym są mikronawyki?

Wiesz co, to ma dużo wspólnego z kreatywnością. Nawyk w takim rozumieniu psychologicznym, nieważne tak naprawdę kogo poczytasz, czy poczytasz Charlesa Duhigg’a, czy też Jamesa Clear’a, czy sięgniesz do takiej mocnej psychologii, dotrzesz do badań np. Gardnera – nawyk to jest powtarzalna czynność wywołana bodźcem, która jeśli masz ochotę to jakoś bardzo wpływać kojarzy się nam z jakąś formą nagrody. Innymi słowy jest jakiś bodziec, jakiś sygnał w otoczeniu. My wykonujemy w związku z tym faktem kojarzoną najbardziej czynność, w związku z tym sygnałem, no i potem najprawdopodobniej spotyka nas jakaś nagroda. Gdyby było to bardzo niemiłe pewnie byśmy się tego nawyku wyzbyli.

Istnieją badania, że nawet 37%, o ile dobrze pamiętam, naszego dnia, to są nieuświadomione reakcje nawykowe. Innymi słowy, prawie połowa tego co robimy w ciągu dnia, to nie jest nasza decyzja. Co jest trochę przerażającą daną jak się nad tym zastanowić, bo ja np. chciałbym 100% dnia przeżywać tak, jak chcę. Niestety, mamy dużo niechcianych nawyków. No i akurat literatury o tym jak wyrabiać w sobie nawyki jest bardzo dużo. Więc ja postanowiłem ugryźć temat inaczej. Mamy czasy trudne, mamy czasy kryzysu. Dopiero co się uwalniamy z lockdownu lub po pandemii koronawirusa. Bardzo dużo rzeczy stanęło na głowie i jesteśmy trochę przeładowani, przebodźcowani. Jeszcze w ogóle przed chwilą były wybory w Polsce, więc już wszyscy jesteśmy tak zrujnowani ciągłym śledzeniem mediów najprawdopodobniej, że ciężko podjąć jakąkolwiek decyzję.

To raz. Dwa, zgodnie z kanonem nawyk raczej wyrabiamy w sobie jeden raz. Zgodnie z badaniami noblisty Daniela Kahneman’a i jego partnera w badaniach Amosa Tversky’ego, to są twórcy teorii perspektywy, jednej z najbardziej przełomowych rzeczy związanych z psychologią, człowiek ma w sobie dwa toki myślenia. Jeden tok myślenia to jest myślenie szybkie, heurystyczne skojarzenia tu i teraz m.in. myślenie takie, w sumie nie myślenie nawykowe. I mamy też myślenie wolne, skupione, rzetelne.

Na przykład Ty i ja teraz, w tej rozmowie, przede wszystkim używamy toku myślenia wolnego, bo ja słucham Ciebie z uwagą, odpowiadam z uwagą i Ty podobnie, o ile Cię nie usypiam. Słuchasz mnie z uwagą żeby zadać kolejny follow up i ta rozmowa nas zużywa w ten sposób. Ale jak np. gadamy czasem na czacie ze znajomymi takich których znamy sto lat, raczej angażujemy tylko myślenie szybkie. Nie skupiamy się jakoś super mocno by zwerbalizować nasz tok myślenia.

Myślenie wolne, które jest potrzebne by wyrobić w sobie nawyk, po pierwsze, skupia się tylko na jednej rzeczy naraz. Przy dwóch dostaje zeza, męczy nas, a człowiek nie jest szalenie ekonomiczną gdy jest zmęczony. Człowiek zmęczony idzie natychmiast po linii najmniejszego oporu i nawet jeśli ma w lodówce składniki na obiad to zamówi sobie kebaba. Nie chce mu się przez kwadrans myśleć o tym jak zrobić obiad. Za to super fajny pan na skuterku będzie za 20 minut z kebabem. Nawet jeśli mamy masę powodów, dla których to jest zły pomysł. Wymyśliłem sobie, że z okazji tego kryzysu, przyda się nam coś pośrodku. Wymyśliłem półśrodek, nazwałem go mikronawyk.

W mojej definicji, to działanie takie jak nawykowe, które wymaga naprawdę niewiele motywacji lub uwagi. Innymi słowy mikronawyki jest to system obudowania swoich bodźców i zachowań, takimi warunkami, na które mamy wpływ, że my zrealizujemy jakieś pożądane zachowanie, czy chcemy czy nie. Mówiąc już zupełnie kolokwialnie, jest to metoda zmuszenia samego siebie by się lepiej zachowywać, zakładając, że człowiek pójdzie po linii najmniejszego oporu. Jeśli my zadbamy o to, by linia najmniejszego oporu była tą najbardziej korzystną dla nas, w tym momencie, bezwiednie, będziemy robić coś dla nas dobrego. Nawet jeśli nie będziemy na tym skupieni. Taki półśrodek, bo to nie jest rozwiązanie idealne, wydaje mi się strasznie celowe na te trudne czasy.

I jak ten półśrodek możemy wdrożyć w naszej kreatywności? Jakie nawyki możemy rozpocząć, żeby zwiększać naszą kreatywność w tym kryzysowym czasie?

Przede wszystkim, musimy się zastanowić co i tak robimy. Wyrabianie w sobie nowego bodźca i reagowania na nowy bodziec jest tak samo męczące jak wyrobienie nawyku. Pierwszym krokiem jest przeanalizowanie swojej codzienności, zobaczenie co my i tak robimy. Jeśli codziennie jesteśmy pół godziny w wannie, warto w tej wannie sobie zacząć po prostu rysować. Mieć zawsze pod ręką notesik i obiecywać sobie, że jedna wanna – jeden szkic. Mając nawyk dziesięciu minut dla siebie, na przykład picie kawki rano przy oknie, możemy sobie przy tym oknie położyć również jakiś notes, żeby w jakikolwiek sposób wynotować coś, co chcemy zrobić. Może to być jeden wiersz dziennie.

Regularnie montuję filmy. Na tym polega moja praca i renderowanie filmów na moim komputerze średnio trwa od 10 do 30 minut. Dlatego mam zawsze przy swoim komputerze dziennik. Nigdy bym nie prowadził dziennika, bo totalnie nie mam łba do takich rzeczy. Jednak prowadzę ten dziennik, bo się strasznie nudzę, jak mi się film renderuje. Komputer jest tak przeciążony, że nie działa przeglądarka i nie mam jak sprawdzić Fejsa. A jestem zmęczony internetem, więc zamiast odpalać telefon, sięgam po dziennik.

Po linii najmniejszego oporu to jest łatwiejsze niż sięgnięcie po komórkę, którą trzymam daleko od komputera. Gdybym trzymał ją blisko, po wyłączeniu Facebooka na komputerze, sięgałbym po Facebooka na komórce. Jak już sprawdzimy duży internet w komputerze, wchodzimy jeszcze na ten mały internet na komórce. W ten sposób staram się po prostu wymuszać na sobie jakiekolwiek bazowe zachowania.

Jeśli jestem zmęczony twórczo, co mi się zdarza, bo moja praca wymaga kreatywności czasem przez 10 godzin, robię muzykę. Pochowałem na komputerze rzeczy, na których bym zmarnował czas jak głupek. Za to na sam środek pulpitu wywaliłem program do komponowania. W efekcie, gdy nie za bardzo wiem co porobić, a wiem już, że przez kolejne kilkadziesiąt minut nic nie zrobię mądrego, stworzę muzykę, bo jest po prostu pod ręką. Ja to jeszcze wzmagam potem takim poczuciem dumy, bo w mikronawykach jest też bardzo ważne domknięcie emocjonalne, dotknięcie poznawcze.

Każdorazowe powiedzenie sobie, zapisanie w jakiejś aplikacji, zrobiłem coś, co jest lepsze niż było wczoraj. I efekt jest dwutorowy. Z jednej strony nie muszę o tym myśleć, że chcę porobić trochę muzykę. Z drugiej rozplanowałem emocjonalnie, że to dla mnie ważne. Kocham jeden gatunek muzyczny i chcę kiedyś być na jakiejś playliście na YouTube z nim związanej. Jest to dla mnie sens logiczny, bo mam ochotę robić sam muzykę do swoich filmów na YouTubie, co sprawi mi radość ORAZ będzie przydatne zawodowo.

Każdy musi sobie dobrać zachowanie, żeby być wystawionym na inny bodziec, niż byśmy chcieli. Jak ja do tego jeszcze dodaje ten aspekt domknięcia emocjonalnego. Mam poczucie, że: Andrzej nudziłeś się w tym tygodniu sześć razy. Sześć razy pobawiłeś się programem muzyczny. Sumarycznie 6 razy pracowałeś nad nową piosenką. Zaczyna we mnie rosnąć duma i satysfakcja z tego, że mam jakąkolwiek kontrolę nad życiem.

Takim dodatkowym plusem mikronawyków, jest to, są one półśrodkiem. Szybko który sprawią, że poczujesz jakąś dumę z siebie. Właśnie dzięki mikronawykom, możemy się “zmusić” się do nawyku, a potem jeszcze będziemy dumni, że nam wyszło. Więc to jest taka sytuacja win-win o wyjątkowo wątpliwych glinianych nogach. No ale takie mamy czasy, że jako fundament wydaje mi się to wartościowe.

W informacji o swojej książce mikronawykach, że mikronawyki, są kuloodporne. Że jeśli już je wypracujemy, to będzie nam bardzo łatwo je powielać i nie zostaniemy tak łatwo odciągnięci od nich. I czy to w ogóle możliwe, żeby wypracować takie nawyki, które będą działały choćby się paliło i waliło?

Jeśli wypracujemy w sobie taki fest nawyk, tak super zgodnie z literaturą, co wymaga bardzo bardzo długiego czasu bezwzględnego skupienia i kilku tygodni wysokiej motywacji, to będzie dosyć pancerne. Nasze zachowania takie mocno nawykowe są kuloodporne. Jeśli my założymy, że nowy nawyk wymaga od nas chcenia, ma wielkie szanse wywalić się na plecy. Jeśli my niedoskonale zaplanujemy nasz nowy nawyk, który sobie wymarzyliśmy, biegania 3 razy w tygodniu i to 3 razy w tygodniu będzie od nas wymagało nerwów i 3 razy w tygodniu będzie od nas wymagało motywowania się, by pójść biegać, w trudnym czasie odpadnie. Po prostu ten jeden raz nie pójdziemy, już potem będzie ciężko wrócić.

W koncepcji mikronawyków stosuję głupszą zasadę pod tytułem: dopóki trwa bodziec, my jesteśmy kuloodporni. Na przykład chcę zacząć biegać trzy razy w tygodniu. Po pierwsze zastanowiłbym się jakie są moje powody wyjścia z domu. Czy ja i tak do kogoś regularnie dzwonię? Albo czy mam ochotę jakiś podcast przesłuchać, na tyle by to był dla mnie bodziec do działania? Powiedzmy, że to może być czynnik numer jeden, mam ochotę słuchać jakiegoś audiobooka. Sytuacja numer 2. Mógłbym zamawiać relatywnie niewielkie rzeczy do relatywnie oddalonego paczkomatu. Mógłbym mieć powód, żeby biegać po coś relatywnie małego półtora kilometra w stronę, która mnie nie interesuje.

Normalny nawyk słabnie im bardziej go obciążysz dodatkowymi rzeczami wymagającymi motywacji. W koncepcji mikronawykowej, im bardziej obkleisz mikronawyk nowymi pomysłami, będzie Ci trochę łatwiej. Nigdy nie wiesz, która z tych rzeczy akurat Ci pomoże z delikatnym lapsem w motywacji. Więc powiedzmy, że drałujesz do takiego oddalonego paczkomatu raz na jakiś czas. Oprócz tego drugie bieganie będzie w poszukiwaniu fajnych ujęć. Masz ochotę wrzucić coś na Instagrama i robisz sobie takie wyzwania dookoła osiedla. Po trzecie chcesz nadrabiać sobie jakieś albumy muzyczne, albo posłuchać radia Nowy Świat, bo niedawno zaczęło nadawać. W tym momencie już masz motywację emocjonalną. Dodatkowa motywacja emocjonalna może być taka, że chcesz być zdrowsza lub więcej się ruszać.

Motywacja logiczna opracowana, może być taka, że to jest dla ciebie zdrowe. Że będzie bardzo fajnym zdekompresowaniem się po pracy itd. No więc, mamy ten taki powód co w tym jest fajnego powiedzmy klepnięty.

Drugim elementem będzie sprawienie, żeby te bodźce były absolutnie ogarnięte. Na przykład, jeśli masz taką okazję, a pracujesz w odpowiedniej odległości do domu, możesz do pracy jechać autobusem. Bierzesz ciuchy, w które się przebierzesz, by wrócić biegiem do domu. Robi to mój kumpel i dosyć dobrze na tym wychodzi.

Musisz pamiętać żeby linia najmniejszego oporu zawsze grała na Twoją korzyść. Zastanów się, co Cię rano powstrzymuje przed pójściem biegać. To może być brzydka pogoda. Co z tym zrobić? Kup sobie wodoodporne słuchawki i się tym nie przejmuj i w nagrodę daj sobie gorącą kąpiel. Nie ma nic lepszego niż gorąca kąpiel po bieganiu w zimnej ulewie.

Jak sobie w ten sposób ten mikronawyk rozbudujesz już z góry na dół, istnieją spore szanse, że będziesz go wykonywać. Tak po prostu. Ta motywacja będzie jak najmniejsza. To jest ważne.

Nie we wszystkich nawykach motywacja będzie zerowa. Dlatego nie nazwałem tego “zeronawykami” albo “autonawykami”. Jest bardzo dużo rzeczy, w które można się tak “wkopać”, że nawet jak Ci się strasznie nie chce, będziesz to robić. Trzeba porozkładać cele na czynniki pierwsze, żeby potrzebować niewiele motywacji. Tylko o to toczy się w tym momencie moja gra.

A jakbyś podszedł do mikronawyków w przypadku rzeczy, które angażują umysł? Podczas biegania można sobie słuchać podcastu albo pstrykać zdjęcia. Po bieganiu można zrobić kąpiel, można wziąć ciuchy do biegania do pracy. Co w przypadku pisania? Pisanie wymaga skupienia i czasem strasznie się nie chce pisać. Zwłaszcza wtedy, gdy się nie nie miało się rozgrzewki kreatywnej.

Wiesz co, mam znajomego, który znalazł na to ciekawy sposób. Pisał książkę biznesową. Nie jest to tak kreatywne jak Harry Potter. Chodzi o to, w jak kreatywny sposób ją napisał. To jest typ, który ma dzieci i jest dosyć mocno zaangażowany w ich wychowanie. Mimo to dogadał się z żoną. Zaproponował, że na całą sobotę daje misję specjalną dla dzieciaków i mama ma wiele godzin dla siebie. W zamian on codziennie po pracy wraca pół godziny później, bo będzie pisać książkę.

Kumpel wyrobił nawyk, który tygodniowo kosztuje go ok. 70 zł. Koło biura ma kawiarnię i codziennie po pracy idzie do niej na 45 minut na kawkę za 12 złotych. I codziennie pisze tę książkę. To jest jego czas dla siebie w środowisku, które mu się podoba. Kojarzy z niebyciem w domu, więc trochę fajnie. Już wyszedł z pracy, więc też trochę fajnie.

Ma motywację żeby wychodzić z pracy idealnie punktualnie, bo nie może to wleźć w jego bezcenne 45 minut realizowania się. Ma nagrodę fizyczną pod tytułem smak kawy. Czasami też sobie kupuje ciacho. W ten sposób obudował tyloma zależnościami to swoje pisanie, że ja bym to nazwał mikronawykiem. Szczególnie, że cwaniak jeszcze jest na tyle dobry, że sobie pod tą kawiarnią parkuje. Chce czy nie, musi zajść pod kawiarnię. A skoro już jest pod tym miejscem, dlaczego by nie napisać tej jednej, dwóch czy trzech stron.

Teraz mam strasznie dużo roboty. Kryzys mi dosyć mocno wywrócił mi pracę do góry nogami, ale mam ogromną ochotę pisać scenariusz. Znając wszystkie moje nawyki, zorganizowałem moją robotę tak, że pracuję o wiele więcej od poniedziałku do czwartku, żeby mieć cały piątek na scenariusz. Mam z tego tytułu wiele różnorodnych korzyści.

W ten sposób buduję lepszą sytuację. Bardziej skrupulatnie pracuję, bo wiem, że muszę mieć wolny piątek. Z drugiej strony w ten piątek jestem strasznie podjarany i to jest moja nagroda. I co jest ważne, dopóki ja się upierałem, że ten system to jest piątek dla scenariuszy, powiem Ci, że nie pisałem. Miałem takie oczekiwania od tego piątku, że się można skichać. Potem się zorientowałem, że nie da rady napisać arcydzieła w jeden dzień. Dlatego z premedytacją traktuję ten piątek jako taki super wolny dzień. Dzień Absolutnej Atrakcji. Wstaję rano, idę na balkon czytać książkę i w ogóle nie wolno mi pisać scenariusza. Po półtorej godziny mam taką ochotę pisać, że to ciężko wyjaśnić.

Najważniejsze co można zrobić, to po prostu w stu procentach rozegrać swoje własne słabości. Jestem funkcjonalnie bardzo leniwym człowiekiem, dlatego mam taką organizację pracy by maksymalizować efektywność. Trzeba bardzo bardzo mocno wyciskać swoje słabości, żeby one działały ostatecznie na naszą korzyść. Jeśli nas pisanie na przykład denerwuje, nie traktujemy go jako odpoczynek. Zastanówmy się co innego nam daje pisanie. Czy daje nam dumę? Spróbujmy w takim razie zakotwiczyć to je w takich samych kontekstach w jakich się robi np. treningi siłowe. Dla bardzo wielu osób, treningi siłowe nie są jakoś super miłe. Ale kurde, czujesz pompę! W nich nie chodzi o to, żeby się zrelaksować. W treningu siłowym chodzi o to, żeby potem mieć super dumę z siebie, że podniosłaś 75% życiówki 10 razy nad głowę.

To rzeczywiście jest satysfakcjonujące jak sobie przypomnę moje czasy na siłowni. Ja już jestem bardzo zaciekawiona Twoją książką i myślę, że słuchacze też już mogą być zaciekawieni. Więc jeszcze powiedz, gdzie można ją nabyć?

andrzejtucholski.pl. Mój blog. Tam znajdziecie sklep, znajdziecie książkę, tam jest generalnie moje wszystko.

Bardzo lubię być fair sprzedawcą. Jeśli macie już jeśli macie jakąkolwiek styczność z Siłą Nawyku Charlesa Duhigg’a z Atomowymi Nawykami Jamesa Clear’a albo z psychologiczną podstawą budowania nawyku jako eko mechanizmem w człowieku, to… wiecie bardzo silne dwie trzecie z tego co chce powiedzieć. Jednakże w tej książce nadaję zupełnie nowy kontekst koncepcji nawyków. Pod kątem tego, że można masę rzeczy w życiu wykonywać bezwiednie.

Trochę za bardzo się zwieszamy nad tym, żeby robić wielką zmianę w życiu. Jestem strasznie ciężkim pragmatykiem i wierzę, że bardzo wiele w swoim życiu można osiągnąć nie robiąc jakichś niesamowitych zmian.

Paradoksalnie, im bardziej poukrywamy przed sobą różne zmiany, tym bardziej będą długofalowe. I ten tok myślenia, ta cała narzędziowość i systemowość oferuję w Mikronawykach.

Widzicie Andrzej oszukał nas wszystkich, że nie jest leniwym człowiekiem! Nwet na podstawie swoich doświadczeń mogę powiedzieć, że często też znajduję jakieś materiały czy na temat marketingu, czy pisania. I właśnie dwie trzecie już ogarniam z tego wszystkiego, a ta jedna trzecia, która rozwali mi mózg, jest warta zajrzenia.

Każdy kto widział mojego YouTuba wie, że za mną jest po prostu ściana książek i to zresztą nie jedyna.

Skoro już jesteśmy przy takich zmieniających głowy pomysłach, to jaka idea ostatnio rozwaliła ci głowę albo wywołała efekt wow?

Hmmm.. Ale dobre pytanie! Z różnych powodów ostatnio strasznie siedzę w historii socjo-ekonomicznej Stanów Zjednoczonych więc swoją drogą mogę wszystkim polecić książkę Daniela Immerwahr’a, która się nazywa How to Hide an Empire, więc to mi zrobiło efekt wow. To jest historia Stanów Zjednoczonych, która nie jest uczona w szkołach, więc to mi zryło banię, a to nie jest jakiś konkretny koncept. A z rzeczy o których gadamy związanych z kreatywnością, wydaje mi się, że najbardziej zryło mi banię przeczytanie pierwszy raz w życiu w całości podręcznika mistrza gry do Dungeons & Dragons.

Są w nimtabele, bohaterowie wchodzą do miasta, widzą…. i Ty jako mistrz gry rzucasz kostką dwudziesto-ścienną, wypada ci ścianka 16 i czytasz w tabelce: widzą…. Sąd Najwyższy. Rozwaliło mi głowę, jak łatwo jest tworzyć takie wydmuszkowe nowe światy. Do tej pory strasznie się zwieszałem nad takimi rzeczami.. Piszę taką mocną fikcję, że bohater gdzieś wchodzi i co widzi. Zastanawiałem się, jaką symbolikę miałoby to otoczenie. Ale ponieważ strasznie się wkręciłem w gry fabularne RPG na papierze. Dało do myślenia to, że symbolika, którą Ty nadasz czemuś, jest o wiele bardziej ważna, niż co to jest. To, czy ci bohaterowie zobaczą karczmę czy budynek sądu, czy więzienie, czy spaloną świątynię, jest bardzo drugorzędne względem tego, jaką to ma wartość dla fabuły i dla nich.

I strasznie mi to zryło banię, że nie wszystko musi mieć ultra ciężką głęboką symbolikę w literaturze. Liczy się tylko to, jaki sens dla czytelnika Ty nadasz, będzie miało największy sens w tej literaturze. Okazało się, że wiele książek fantasy, które przeczytałem, powstało jako zapisy sesji RPG.

Najprawdopodobniej był tam był ogrom losowości na poziomie tworzenia świata. A potem ci pisarze siedli i zrobili z tego coś wartościowego. Nil Gayman ma zresztą takie powiedzonko, że pisanie książki polega na dwóch rzeczach:

A – wypisujesz wszystko co byś chciała żeby się stało w tej książce.

B – poprawiasz to tak żeby nabrać ludzi, że od początku wiedziałeś co robisz.

Wydaje mi się, że ta koncepcja najbardziej zryła mi banię. Efekt nie musi być miarodajny. Możesz coś tworzyć na brudno, tak tragicznie na brudno, a nikt nie musi tego widzieć do momentu ostatniego szlifu.

I to jest najwspanialsze w tworzeniu! Jak czasem sobie przypomnę jaka była pierwsza wersja moich tekstów czy kolaży… Myślałam: z tego ma coś powstać? Coś co będzie wartościowe dla ludzi i będzie na dodatek fajne? Nie ma szans.

To prawda, to prawda. Nie ma co wymagać od siebie, jak piszesz pierwszy scenariusz to pamiętaj że pierwszy scenariusz Aarona Sorkina też najprawdopodobniej był tragiczny. Bardzo bardzo wiele draftu redakcji poprawek to jest to co czytamy na półkach. Nie warto porównywać swojego draftu numer jeden z czyimś efektem finalnym numer 17.

Dokładnie sam Ernest Hemingway mówił, że na początku wszystko jest, że tak powiem kolokwialnie do dupy.

Dokładnie tak każda książka zaczyna się tragicznie. Pytanie co potem wiesz co z tym zrobisz na przełomie pięciu przepisywań, co zrobi redaktor, dwie korekty i jeszcze potem przede wszystkim, jak to sobie wyobrazi czytelnik, bo nie masz żadnego wpływu na to jak sobie coś wyobrazić czytelnik.

Ja mam nadzieję, że po przesłuchaniu tego podcastu, głowy naszych słuchaczy będą pełne idei, pełne kreatywności i motywacji żeby tworzyć nowe rzeczy.
Andrzeju, bardzo ci dziękuję za tę rozmowę. Dowiedziałam się mnóstwo ciekawych rzeczy i mam nadzieję, że nasi słuchacze (czytacze) również.

To ja dziękuję!

Pamiętajcie, że #mikronawyki wychodzą 20 lipca!

Dużo dobrego życzę Tobie i Twoim słuchaczom (czytaczom).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *