fbpx
Psst!! 22 września o 19:00 robię bezpłatny webinar o kolażach w digitalu, zarezerwuj miejsce tutaj:

„Nie wiem co zrobić ze swoim życiem”

jak znaleźć pasję

Z tego odcinka dowiesz się:

  • co robiłam ze swoim życiem, zanim znalazłam swój kierunek (i czy skończyłam poszukiwania?);
  • jakie nastawienie pomogło mi wytrwale szukać?
  • od czego zacząć, by szukać pomysłu na życie?

TRANSKRYPCJA

Cześć i czołem, nadchodzi Burza! Dziś pogadamy o pytaniach spędzających sen z powiek małym i dużym, a mianowicie: co mam zrobić ze swoim życiem? Jaką mogę mieć pasję? Skąd wziąć pomysł na siebie. Przez wiele lat sama zadawałam sobie te pytania i co najlepsze, nadal je sobie zadaję! Ale teraz nie jest to już dla mnie tak męczące. Nie znam receptury na bezbłędne znalezienie swojej pasji czy kierunku w życiu. Bo to wcale nie jest proste. Więc jeśli czujesz frustrację, że nie wiesz co ze sobą zrobić, przydadzą Ci się moje spostrzeżenia z wyznaczania sobie kierunku w życiu. 

Dobra, to teraz rozkład jazdy. Najpierw w telegraficznym skrócie opowiem Ci moją historię. Później pogadamy o nastawieniu ułatwiającym poszukiwania swojej ścieżki i na końcu podpowiem, jak ułatwić sobie tę misję. Wiem, że pewnie chcesz od razu dostać tipy. Ale one nie wypalą, jeśli masz szkodliwe nastawienie, bo koniec końców wrócisz do dołka frustracji. 

Moja historia

Na przestrzeni gimnazjum i liceum żyłam w wyobrażeniu, że powinnam wybrać sobie ścieżkę życiową raz a dobrze. I poprzez ścieżkę życiową miałam na myśli tylko i wyłącznie pracę. Członkowie mojej rodziny w większości piastowali jedno stanowisko w jednym miejscu przez prawie całe życie. Na dodatek mama przekazała mi smutną prawdę: jeśli nie nienawidzisz swojej pracy, to już jest sukces. Nie sądzę, żeby chciała mi tym podcinać skrzydła. Z jednej strony lubiła swoją pracę. A z drugiej wiedziała, że niewiele osób może się tym pochwalić.

Na dodatek ludzie naokoło mnie pracowali, byle zarobić kasę. Nie byli pasjonatami. Częściej od wyznań „kocham swoją pracę!” słyszałam narzekanie. Miałam też mocną potrzebę bycia dumą dla rodziny. Każdą klasę kończyłam z czerwonym paskiem. Wychowując się w takim środowisku stwierdziłam, że wykorzystałam sto procent potencjału mojego umysłu. Skoro jestem skazana na nielubienie swojej pracy, to przynajmniej wybiorę ścieżkę, na której dobrze płacą. No i wybrałam medycynę. 

Studia, czyli droga przez mękę

Ale nie dostałam się na nią bezpośrednio po maturze. Zabrakło mi sporo punktów. Czułam się jak śmieć, bo skoro się nie dostałam, to jestem beznadziejna. Kiedyś myślałam bardzo zero-jedynkowo. Ostatecznie poszłam na kierunek przejściowy, czyli na ekonomię i w międzyczasie uczyłam się, by poprawić maturę. To był szalony rok. Nie dość, że z nowymi wynikami dostałam się na medycynę, to jeszcze na ekonomii załapałam się na stypendium jako jedna z najlepszych na roku. No żyć nie umierać! Do czasu! 

Ekscytację szybko zastąpił niepokój. Mimo że osiągnęłam mój cel, prawie codziennie chciało mi się płakać. Miałam wielki mętlik w głowie, a rodzina irytowała się moim zachowaniem. Mimo niepokoju zaczęłam studia medyczne, nie chciałam zawieść oczekiwań. Będę lekarzem. Będę pomagać ludziom. Czy ja chcę być lekarzem? Nie chcę być lekarzem. Po roku rzuciłam studia z mglistą wizją, co ze sobą zrobić. Już w trakcie studiów medycznych szukałam alternatyw. Przypomniało mi się, że dobrze sobie radziłam z pisaniem, więc zaczęłam brać drobne zlecenia na teksty. Dodatkowo jako dupochron, gdyby pisanie nie wypaliło, wróciłam na ekonomię. Przyznam, że się na niej wymęczyłam, ale chciałam mieć coś w zapasie. Wiem, że istnieją przeciwnicy takiego podejścia. Ale studiowanie jako plan B dawało mi komfort psychiczny. Przyznam, że nie byłam zbyt zaangażowana w studia, bo bardziej zależało mi na pracy: pisaniu i rozwijaniu bloga.

Pisanie i grafika

Dzięki pisaniu dowiedziałam się o optymalizacji treści pod wyszukiwarki internetowe, tak zwane SEO. To było dla mnie ekscytujące, że mogę projektować tekst tak, by wpłynąć na moją pozycję w wynikach google. Ale z czasem ta praca stawała się dla mnie nużąca. Dodatkowo frustrował mnie brak dostępu fajnych płatnych narzędzi, z którymi mogłabym wykręcić jeszcze lepsze wyniki! W międzyczasie rozwijałam moją miłość do grafiki. Kolega z pracy uczył mnie Photoshopa, a ja pomagałam mu w nauce języka polskiego. Przy okazji poznałam kulisy pracy UX Designera, czyli osoby projektującej doświadczenia użytkownika stron internetowych. Ale ta zajawka szybko mi przeszła. W UX-ie brakowało mi kreatywnego tworzenia. Chciałam doprowadzać do wizualnej przyjemności w inny sposób niż dbać o odpowiednie odstępy pomiędzy poszczególnymi elementami strony oraz układać tekst tak, by paragrafy wyglądały schludnie i dobrze się czytały. 

Miałam jakieś tam podstawy Photoshopa, gdy odkryłam kolaże. Nie będę tu opowiadać całej historii z kolażami, bo możesz wysłuchać całości w odcinku podcastu na ten temat, podlinkuję go! W skrócie: kolaże siadły mi niesamowicie! Rozbudziły moją potrzebę do tworzenia na tyle mocno, że wróciłam do rysunku. Wtedy zaświtała mi myśl o byciu profesjonalną artystką, co nie do końca wypaliło. Chciałam sprzedawać swoje prace, ale nie chciałam być znana tylko z tego. Ponadto by zarobić na życie musiałabym sprzedać sporo plakatów. Plus brać zlecenia, czego, jak się okazało, bardzo nie lubiłam robić. Nie lubiłam świadczyć usług. Dlatego szukałam dalej. Podczas zmiany pracy dowiedziałam się, że można tworzyć coś takiego jak kursy online. I tam mogę dzielić się wiedzą. A tak się złożyło, że mocno podciągnęłam się w Photoshopie i moje kolaże zebrały grono zaciekawionych odbiorców, którzy pytali, jak robić takie cuda. I w gigantycznym skrócie tak powstała Szkoła Kolażu. Połączenie biznesu i tworzenia niesamowicie mi kliknęło! Planuję dalszą ekspansję. Chcę stworzyć platformę, na której będzie można poznawać kreatywne pasje i dzięki temu zdobywać umiejętności potrzebne do szukania swojej ścieżki w życiu.

Po drodze doświadczyłam całej masy mniejszych i większych zajawek: tworzenie biżuterii, bycie stomatologiem, stworzenie bloga zarabiającego na reklamach, specjalista od facebook ads, bycie nauczycielką, szycie ubrań, granie na pianinie itd. 

Ale wiem, że to nie koniec mojego odkrywania. Moja wizja ciągle się klaruje i nie wykluczam, że będę potrzebowała zmiany. Może będę inwestować w roleksy? Albo zrobię płatne mailingi. Albo zostanę biznesową mentorką. Albo otworzę kurdę warzywniak i zacznę alpakoterapię. Nie uważam się za dzieło dokonane, zmiany są jak najbardziej normalne i jestem gotowa na nowe zajawki!

Od małego byłam dobrym uczniem z paskami. Ale to miało swoją cenę. Starałam się być dobra we wszystkim i nie wiedziałam, na czym zależy mi najbardziej. Myślę, że osoby, które mają przeciętne wyniki w nauce też mogą mieć problem. Obrywają tekstami zdolny/zdolna ale leniwy/leniwa, słyszą, że są przeciętni, że muszą się podciągać z przedmiotów, w których są gorsi. I później nie wiemy, co naprawdę nas kręci. Często wynika to z naszych nabytych przekonań, które można zmienić. Dlatego przechodzimy do przekonań, które długo mnie ograniczały i mogą blokować również Ciebie!

Schematy, które nas blokują

Dlaczego wydaje nam się, że musimy od razu wiedzieć, co chcemy robić w życiu? W naszej świadomości utarł się schemat: skończ szkołę, zdaj maturę, skończ studia i pracuj gdzieś (najlepiej w jednym miejscu) do emerytury. Wydaje się, że już w wieku szesnastu lat musimy dokładnie wiedzieć, co chcemy robić. Bo trzeba wybrać liceum z odpowiednim profilem. A potem studia. Bo nie daj jeżu zmienimy zdanie po czterech latach studiów, rok przed magisterką i zmarnujemy 4 lata życia. Nie wiem jakie ty miałaś/miałeś albo masz wrażenia, jeśli właśnie przeżywasz osiemnastkę, ale mi się wydawało, że większość osób ma to rozpykane. A ja byłam w mentalnym rozpierdzielu, czytałam o różnorodnych kierunkach, ale totalnie nie mogłam nic dla siebie wybrać. Czytałam opisy kierunków i prac, jakie mogę po nich mieć (nie brałam pod uwagę opcji, by nie iść na studia, przecież nie po to poszłam do szkoły w większym mieście, by teraz marnować potencjał!). A tak naprawdę nie musimy od razu wiedzieć, co jest naszą pasją lub powołaniem! W wieku dziewiętnastu lat mamy pełne prawo być w procesie poszukiwań!

Więcej niż jedno życie

Dodatkowo warto zadać sobie pytanie, czy muszę mieć jedną życiową pasję? Bo według mnie to jest jak czekanie na tę jedyną, przeznaczoną nam osobę, która nas dopełni, niczym połówka pomarańczy. Może i jest to satysfakcjonujące na filmach, ale w prawdziwym życiu to się nie zdarza. Na różnych etapach życia mamy różne potrzeby i pragnienia. Zmieniamy się i nasze pasje również mogą się zmieniać. Część pasji i ścieżek może po prostu przestać do nas pasować. Przekonanie, że każdy ma jedno powołanie w życiu może Cię ograniczać w ewolucji. Na przykład ja myślałam o sprzedawaniu kolaży i generalnie byciu artystką-kolażystką. Ale po drodze bardziej przemówiło do mnie dzielenie się wiedzą. Czerpię dużą radość widząc, że uczniowie mojego kursu przełamują lęki związane na przykład z obsługą programu graficznego. Albo odkrywają, że są mega kreatywni. Ale żeby dojść do tego momentu, musiałam zacząć dzielić się moimi sekretami tworzenia, których do tej pory nie wyjawiałam zbyt chętnie. Gdybym nie pogodziła się z tym, że mogę jednocześnie być twórcą i dzielić się wiedzą, nigdy nie stworzyłabym Szkoły Kolażu.

Życie, życie jest… grą. Nieskończoną.

W akceptacji zmiany może pomóc teoria gier. Zakłada ona, że istnieją gry skończone i nieskończone. Grą skończoną może być mecz piłki nożnej. Rozgrywka ma ograniczony czas, ma określoną liczbę uczestników, którzy grają, by wygrać. Zasady gry skończonej są jasne. Natomiast przykładem gry nieskończonej jest życie. Nie ma uniwersalnego zbioru zasad, jak trzeba je przeżyć. Utrzymujemy się przy życiu nie po to, by wygrać jakieś złote gacie, a po to, by trwać w rozgrywce bez sztywnych ram czasowych zwanej życiem. Nie można go zamknąć jedynie w mierzalnych celach i dedlajnach. Żebyśmy mogli trwać i grać jak najdłużej, często konieczne są zmiany, adaptacja do nowych warunków. Jeśli nie pozwolimy sobie na tę naturalną kolej rzeczy, możemy doprowadzić się do wypalenia. Albo obudzić się w momencie wbijania kolejnych leveli kariery, której wcale nie chcemy. Nieskończone nastawienie rozwaliło mi mózg. Dzięki niemu jestem bardziej skłonna doświadczyć krótkotrwałej niewygody, na przykład trudów nagrywania kursu, na rzecz długotrwałych, fajnych rezultatów: czyli satysfakcji, że moi uczniowie uczą się robienia kolaży. I że dzięki temu będę mogła zaprosić innych twórców do współpracy. A kiedy będę czuła, że czas na zmianę (albo po prostu korektę kierunku), nie będę się bała wkraczania na nowe, nieodkryte terytoria, które mnie rajcują.

Jeśli chcesz zgłębić temat gier skończonych i nieskończonych, polecam Ci książkę “Gra bez końca” Simona Sineka. Choć opowiada on o grze nieskończonej w kontekście prowadzenia biznesu i przywództwa, można dzięki niej zmienić postrzeganie również swoich osobistych celów i ambicji.

Czy pasja MUSI być naszą pracą?

Kolejnym ograniczającym przekonaniem jest to, że nasza pasja albo kierunek, w jakim chcemy działać, musi być bezpośrednio powiązany z pracą zawodową. A prawda jest taka, że nie każdą pasję albo zajawkę da się zmonetyzować na tyle, byśmy mogli z tego wyżyć. Albo nie zawsze będziemy wiedzieć, jak możemy ją zmonetyzować. Natomiast pomysł na siebie niekoniecznie musi być powiązany z zarabianiem pieniędzy. Możesz mieć pracę zarobkową która w jakiś sposób spełnia Twoje potrzeby i realizować się w pasji praktykowanej po godzinach. I to wcale nie jest gorsze rozwiązanie! Więcej: dla wielu osób to może być nawet lepsza opcja!

Przez internety przewija się bardzo idealistyczne hasełko: znajdź swoją pasję, a nie przepracujesz ani dnia. I to jest straszny kit. Nie jesteśmy robotami. Możemy mieć gorsze dni. Możemy też doświadczyć kryzysów. I nawet największa miłość do pasji nie sprawi, że unikniemy przytłoczenia. Zwłaszcza jeśli to ona jest naszym źródłem utrzymania. Można się tylko nabawić poczucia winy, że czasem w kryzysowych momentach nienawidzimy tego, co POWINNIŚMY kochać. Uważam, że nawet rzeczy które kochamy mogą składać się z zadań, których nie lubimy, Na przykład ja bardzo lubię pisać, ale nienawidzę korekty i publikacji na blogu, tego całego przeklikiwania się przez wordpressa. To doprowadza mnie do szału. Albo skupimy się tylko na efekcie końcowym naszej pracy i zapomnimy, ile radości można wyciągnąć z procesu. Znacznie zdrowsze jest przyjęcie swojej ścieżki z całym dobrodziejstwem inwentarza. Będą cudowne momenty. Będą trudne chwile. Być może przyjdzie czas na rozstanie, ale to nie będzie tragedia, bo wiemy, że pewne etapy naszego życia mają swój kres.

Czy warto rzucić wszystko dla pasji?

Pozostańmy jeszcze przy temacie pracy. Gdy jesteś na etapie odkrywania swojej ścieżki, nie musisz od razu rzucać dla niej roboty i przenosić się w bieszczady. W sumie to byłoby dosyć nieodpowiedzialne. Warto dać sobie czas, by poznać daną dziedzinę i zobaczyć, czy jesteśmy gotowi dla niej przekraczać kolejne przeszkody. Wróćmy jeszcze raz do mojego przykładu. Nie rzuciłam medycyny, mojego bezpiecznego pewniaka, tylko badałam grunt i stopniowo zwiększałam liczbę godzin pracy jako copywriter. Zyskałam pewność, że pisanie to nie jest chwilowa zajawka i że mogę robić to przez dłuższy czas. I dopiero wtedy zrezygnowałam z medycyny.

Może być też tak, że przytłacza nas temat albo rozmiar przedsięwzięcia, warto się zastanowić, czy da się to zrobić inaczej. Na przykład na mniejszą skalę. Nie mówiłam tego nigdzie, ale zanim zrobiłam kurs kolażu, chciałam zacząć z kursem pisania. Ale nie byłam na niego gotowa. Podchodziłam do niego jak pies do jeża, każdy moment pracy nad nim był szalenie bolesny. Ale wtedy pojawiła się inna opcja. Odbiorcy regularnie zadawali pytania o kolaże, a ja chciałam im pomóc na większą skalę. Więc zmieniłam plany i zamiast robić kurs pisania, zaczęłam pracować nad Szkołą Kolażu. I to było znacznie lepsze, bo ten krok był dla mnie znacznie łatwiejszy, mimo że sama produkcja potrafiła doprowadzić mnie do wycieńczenia i generowała dużo stresu. Ale teraz kiedy pomyślę o kursie pisania jako o następnym produkcie, to czuję już ekscytację: mam rozpykany proces i jestem gotowa na udźwignięcie tego wyzwania.

Podsumowując, jeśli do realizowania nowych projektów potrzebujesz poczucia bezpieczeństwa, to nie musisz od razu skakać na główkę w głębiny. Na dobry początek możesz zanurzyć duży palec u stopy.

A żeby Ci ich oszczędzić, zapraszam do ostatniej części, czyli do postaw i wskazówek, które pomogły mi znaleźć obecne pasje i które pewnie jeszcze nieraz wykorzystam!

Jak znalazłam obecne pasje?

Odpowiedzi przychodzą do przygotowanych

Pierwsza i najbrutalniejsza lekcja: pasja sama do Ciebie nie przyjdzie! Zupełnie tak jak nie poznasz fajnych ludzi, oglądając całymi dniami seriale. Żeby znaleźć coś swojego, trzeba próbować nowych rzeczy. Większość prób będzie niewypałami. I to jest normalne. Ale żeby odkryć co jest wypałem, trzeba poświęcić czas, by zagłębić się w daną dziedzinę i dać jej szansę nas oczarować. Na przykład ja tak miałam z aktywnością fizyczną. Przez wuef jej nie cierpiałam, kojarzyła mi się tylko ze wstydem. Ale kiedy odkryłam, że sport niekoniecznie oznacza sporty zespołowe i mogę czerpać przyjemność z aktywności bez oceny w dzienniku, pokochałam rower i siłownię. Dlatego warto wystawiać się na doświadczenia i dawać sobie (i nowym zajawkom) czas. To jest gra nieskończona, pamiętasz? Nie musisz od razu znać swojego życiowego powołania. 

Co umiesz, lubisz i chcesz robić ze swoim życiem?

Poszukując swojej ścieżki w życiu warto wziąć pod uwagę swoje mocne strony. I nie mam tu na myśli jedynie typowych umiejętności, takich jak malowanie akwarelami czy programowanie. Jeśli nie umiemy rzucić za trzy punkty albo liczyć całek to nie znaczy, że nie mamy żadnych zdolności. Możemy być genialni w łączenie ludzi. Istnieją osoby, które momentalnie rozkręcają imprezę i rozmawiają z Tobą z taką dozą serdeczności, jakbyście się znali od lat. Albo zarażają entuzjazmem. Albo nie szczypią się z realizacją planów, tylko od razu wcielają je w życie. Albo są mistrzami organizacji. Warto brać pod uwagę wszelkie te tak zwane umiejętności miękkie, ponieważ podobnie jak bardziej namacalne zdolności, też mogą nam pokazać, jaki kierunek w życiu może być dla nas dobry. Jeśli lubisz śmieszkować, a Twoje historie przykuwają uwagę każdego, może warto spróbować warsztatów improwizacji. A jeśli doskonale potrafisz zorganizować sobie tydzień, może jesteś w stanie nauczyć tego innych albo stworzyć narzędzie, z którym nawet dzieci chaosu zaczną rozpykiwać zadania.

Drugim elementem układanki jest analiza tego, co lubimy i chcemy robić. To nie musi być nasza miłość życia. To nie musi być jedna rzecz. Wystarczą czynności, które potrafią wywołać uśmiech na Twojej twarzy. Albo czujesz, że przy nich się relaksujesz. Na przykład oglądanie i dzielenie się fajnymi memami ze znajomymi. Nawet tak trywialna rzecz może doprowadzić Cię do odnalezienia pasji. Może sprawiłoby Ci radość prowadzenie Instagrama z memami własnej roboty? Dziewczyna pracująca w żabce stworzyła konto frogposting zawierający memy dotyczące tej sieci sklepów ratujących tyłki w niedzielę. Natomiast jeśli chcesz powiązać swoją ścieżkę zawodową z pasją, to warto się skupić na ulubionych aktywnościach, które możesz wykorzystać w pracy, włączając w to umiejętności miękkie typu trafne komentarze rzeczywistości. Warto wypisywać nawet największe drobiazgi, bo każdy z nich może być punktem zaczepienia w poszukiwaniu swojej ścieżki. To jest zadanie, które możesz wykonać samodzielnie. Nikt nie musi o nim wiedzieć, więc nic go nie oceni. Ciebie też zachęcam, by nie wartościować swoich preferencji. Po co krytykować pomysły, skoro dopiero je zbierasz?

Skorzystaj ze wsparcia albo bądź swoją podporą

Przez to, że kojarzymy umiejętności głównie z namacalnymi kompetencjami, nawet nam nie przychodzi do głowy, że nasza zdolność do generowania pomysłów albo bycie doskonałym słuchaczem lub słuchaczką może być w ogóle użyteczna i że możemy wokół niej coś budować. Dlatego jeśli wydaje Ci się, że tak naprawdę to nic szczególnego nie umiesz, to poświęć kilka wieczorów na zastanowienie się, czy na pewno to jest prawda. A jeśli nie możesz niczego wymyślić, to zwróć się po pomoc do swoich bliskich osób. Może Cię zaskoczyć, jakie cechy w Tobie widzą. A jeśli nie masz wokół siebie wspierających ludzi, to zaopiekuj się sobą. Wyłącz krytyczne głosy surowej matki czy toksycznych kolegów z pracy. Jesteś teraz w swojej głowie i tu możesz prowadzić rozważania, których nikt nie wyśmieje ani nie umniejsza. Możesz poddać analizie swoje nawet najbardziej oczywiste cechy. 

Zastanów się też, co umiesz robić dobrze. Liczy się nawet malowanie paznokci i robienie sernika. Te rzeczy nie dzieją się same. To Ty je robisz. I cechy Twojego charakteru takie jak precyzja czy zauważanie nietypowych połączeń sprawiają, że coś wychodzi Ci fantastycznie. Wiem, że to może Ci się wydawać błahe, ale skoro i tak nie do końca wiesz, co ze sobą zrobić, może jednak warto sięgnąć po kartkę papieru i spisać, co masz do zaoferowania?

Inwestycja w siebie

I na sam koniec mam dla Ciebie wyświechtany, ale mądry frazes: najpewniejsza inwestycja, która zawsze się zwraca, to w samego/samą siebie. Mimo większości życiowych zawirowań doświadczenia i wiedza z nami zostają! I potrafią się przydać w najmniej spodziewanym momencie. Na przykład drogie szkolenie z reklam na facebooku pomogło mi w zdobyciu pracy. Gdybym nie zaczęła pisać bloga o usuwaniu plam z ubrań, który chciałam zmonetyzować dzięki reklamom, to nie miałabym pojęcia o SEO. I nie odkryłabym, że lubię pisać. Pomysł na monetyzację nie wypalił, ale doświadczenia jak najbardziej zostały. Dzięki pisaniu tekstów na zlecenie na Fiverrze zrozumiałam, że nie chcę tworzyć treści na zamówienie. Gdybym nie zaczęła pisać bloga i nie potrzebowałabym ciekawych grafik do zilustrowania postów, nie natknęłabym się na kolaże. Dzięki podejmowaniu się nowych prac, projektów i nauce wystawiamy się na doświadczenia, które później mogą nam pomóc. Nawet praca jako kelnerka może później sprawić, że obsługa klienta w Twoim sklepie internetowym będzie pierwszorzędna.

Z drugiej strony warto uważać na pułapkę wiecznego doszkalania się. Nauka jest super, o ile później wykorzystujemy wiedzę. Natomiast jeśli w ogóle nie wcielamy jej w życie, tylko wiecznie się uczymy i uczymy, to już wpadamy w pułapkę prokrastynacji. Kupowanie kursów, pobieranie darmowych ebooków czy uczestniczenie w szkoleniach jest łatwiejsze od działania. W teorii jakaś ścieżka może być super, ale dopóki na nią nie wkroczysz, nie będziesz wiedzieć czy jest dla Ciebie.

Podsumowanie

Podsumowując, poszukiwanie swojej ścieżki jest długim procesem. Raczej nie ukończysz tej misji w jeden wieczór. I niekoniecznie musi ona dać jednoznaczny rezultat. Ale jeśli czujesz, że chcesz znaleźć swoją rzecz, to warto działać, żeby zebrać jak najwięcej doświadczeń i poznać swoje mocne strony. Szkoła i przekonania wpajane przez najbliższych mogą nam przeszkadzać, ale pamiętaj, że kiedy już stajemy się pełnoletni, to my bierzemy odpowiedzialność za to, co zrobimy ze swoim życiem. Temat jest niesamowicie obszerny, można o nim gadać godzinami, więc spodziewaj się jeszcze wielu odcinków z tej serii. 

A teraz dziękuję za ten wspólnie spędzony czas. Nie karm kaczek chlebem, szoruj cytryny i poświęć w tym tygodniu czas, by się sobą zaopiekować. A jeśli czujesz, że chcesz spróbować kolaży, to zapraszam cię na stronę szkolakolazu.pl

Ściskam, pa pa!
Magda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *